Maj na rowerze

Obrazek wyróżniający wpisu podsumowującego rowerowy maj. Na zdjęcie jasnego roweru szutrowego opartego o drzewo na brzegu jeziora nałożyłem zielony pasek z napisem „Tysiąc kilometrów i dwie doby”

Miesiąc zacząłem mocno, bo od 144 kilometrów nad Zalewem Koronowskim. Nabrałem ochoty na wypad w tamte okolice, gdy w połowie kwietnia odwiedziłem Koronowo. Wtedy miałem inny plan, więc Zalew musiał poczekać, ale tym razem kręcenie nad jego brzegami było moim głównym celem.

Rysując trasę w planerze Ride with GPS znalazłem przeprawę, której wcześniej nie zauważyłem, ale wg heatmapy była całkiem popularna, więc postanowiłem ją sprawdzić. Na miejscu okazało się, że to stary most kolejowy i to w kiepskim stanie. Najprawdopodobniej ze względów bezpieczeństwa został ogrodzony, ale ktoś zrobił dziury w siatce po obu stronach i most jest nadal używany. Ostrożnie przeprowadziłem po nim rowem, ale przechodzenie po starych deskach, pomiędzy którymi widać znajdującą się sporo niżej wodę, jest nie na moje nerwy i więcej się tam nie wybiorę, chociaż to ładna okolica.

Po przejściu na drugą stronę pomyślałem, że szkoda, że most nie znajduje się w województwie zachodniopomorskim, bo pewnie zostałby wyremontowany i stał się częścią malowniczej trasy rowerowej.

Chwilę później przy leśniczówce w Leontynowie trafiłem na kolejną niezbyt bezpieczną przeprawę, tym razem był to nieduży drewniany mostek nad Kamionką, niedużą rzeczką, więc nerwy były mniejsze.

Oba mosty oznaczyłem jako niebezpieczne miejsca na Ride with GPS i wrzuciłem tam ich zdjęcia, więc następne osoby rysujące swoje trasy w tamtym planerze będą mogły zobaczyć, co na nie czeka (po włączeniu warstwy Highlights).

Z tamtych okolic do Piły, a później do Zamrzenicy dojechałem już znanymi mi drogami, ale potem odbiłem na nowy odcinek do Klonowa, za którym wróciłem do lasu, by przekroczyć ponownie Zalew Koronowski. Tym razem skorzystałem z promu, dużo bardziej przyjemnej opcji niż rozpadający się most. Chwilę jeszcze jechałem leśnymi drogami, a po dotarciu do Mąkowarska zaczęło się wracanie do domu.

Druga jazdą w pierwszym tygodniu maja było dość żwawe 50 kilometrów na szosie z odwiedzinami w Gródku Krajeńskim, w którym jest rewitalizowany ośrodek wypoczynkowy, do którego w podstawówce jeździłem na obozy harcerskie. Niestety, teren był ogrodzony i nie mogłem się przyjrzeć dokładniej, jak wygląda ten projekt wspólnie realizowany przez gminy Nakło nad Notecią i Łobżenica.

Uproszczona ikonka roweru zwróconego w prawo.

W drugim tygodniu najpierw przez niepewną pogodę odpuściłem odjeżdżanie dalej od domu na rzecz 40 minut interwałów na pagórku przy mojej wsi. Następny wypad też był krótki: tylko dwie dychy na szosie. Za to następna jazda była już prawie 50 kilometrową pętlą, którą następnego dnia poprawiłem o połowę dłuższym wypadem w lasy na południe od Noteci, gdzie na piaszczystej drodze zaliczyłem pierwszą glebę na Gryzelku, ale za to spotkałem padalca.

Uproszczona ikonka roweru zwróconego w prawo.

Kolejny tydzień to dwa niedługie wypady, 25 kilometrów na szutrówce i 37 na szosie. Niestety przez pracę weekendowy dłuższy wypad przesunął mi się na poniedziałek. Pojechałem ponownie w stronę Koronowa i Mąkowarska, tym razem by zebrać skwadraty, dzięki którym powiększyłem mój übersquadrat z 22×22 do 24×24.

W połowie trasy złapał mnie deszcz, którego się spodziewałem. Prognoza jednak mówiła, że ma się szybko skończyć, zamiast tego towarzyszył mi do końca. Zmokłem nieźle, ale przynajmniej mogłem przetestować, jak się sprawdza w takiej pogodzie nowy sprzęt. Opony w Gryzelku trzymały się ładnie na mokrym asfalcie i w błocie, a jadąca na górnej rurze ramy torba Geosminy elegancko ochroniła mój telefon przed wilgocią. Niechcący sprawdziłem też odporność na zachlapanie powerbanku, bo przez godzinę wiozłem go w niezapiętej torbie w ramie, z portami wystawionymi prosto na deszcz. Przeżył :)

Uproszczona ikonka roweru zwróconego w prawo.

Następną jazdą był bardzo powolny przejazd po szosie, na który wybrałem się zmęczony po pracy. Liczyłem na to, że takie spokojne pokulanie dobrze mi zrobi, ale te dwie dychy wykończyły mnie bardziej niż jakakolwiek inna jazda.

Następnego dnia zrobiłem dwa razie dłuższą trasę na Gryzelku i mimo tego, że również byłem po pracy, jechało się bardzo przyjemnie. Podobnie było w przedostatnią niedzielę maja, gdy pojechałem zbierać skwadraty na nadnoteckich łąkach za Osiekiem nad Notecią i w pobliskich lasach.

Wybierałem się tam już dłuższy czas, ale po zabawie z brnięciem po kolana w grząskim torfie podczas poprzedniego skwadratowania na łąkach, ciągle to odkładałem. Teraz uznałem, że na nowym rowerze z szerszymi oponami powinno być lepiej i miałem rację, bo obyło się bez kłopotów, nie licząc jednego momentu, w którym zostawiłem rower w krzakach, a sam przeszedłem jeszcze kawałek, żeby znaleźć się z docelowym kwadracie.

Uproszczona ikonka roweru zwróconego w prawo.

Ostatni tydzień to najpierw kolejny wypad na szosie do Rościmina, a potem całodniowa wyprawa na moją coroczną „pielgrzymkę” w lasy nad jeziorem Krąpsko Średnie. Tym razem odrobinę zmieniłem trasę i jezioro Sławianowskie objechałem po północnej stronie, po raz pierwszy odwiedzając Sławianowo. Była to dobra zmiana, bo w sporej części nieutwardzoną drogą jechało się przyjemniej niż szosą przez Wiktorówko i Kunowo.

Reszta trasy była już tradycyjna. Dojazd na pole biwakowe „Wrzosy”, rozłożenie się na kocu nad jeziorem z książką (tym razem „Mężczyźni objaśniają mi świat” Rebeki Solnit), chilli sin carne z liofilizatu, a potem powrót dłuższą drogą przez Piłę.

W sumie uzbierało się ponad 170 kilometrów, najdłuższa jazda w tym roku.

Uproszczona ikonka roweru zwróconego w prawo.

Gdy zauważyłem, że po dodaniu ostatniego wypadu od przekroczenia tysiąc w miesiącu dzieli mnie tylko sześćdziesiąt parę kilometrów, w ostatnie dwa dni dokręcałem po pracy po trzy dychy. Po tym, jak kilkukrotnie odpuszczałem dokręcanie brakujących paru kilometrów do pełnej setki, myślałem, że magia cyferek na mnie już nie działa, ale jednak próg 1k robi swoje.

Nakręcenie tego tysiąca zajęło mi dwie doby i 20 jazd. Tylko 4 z nich (razem 49 km) to wyjazdy na moich stareńkim trekkingu na zakupy, 7 zaliczyłem na Ridleyu w szosowym wydaniu (220 km), a resztę (737 km) na szutrowym Canyonie.

Infografika z serwisu Ride with GPS w postaci kalendarza na maj 2026 z zaznaczonymi aktywnościami. Poniżej statystyki: dystans 1007 km, suma przewyższeń 6110 m, czas w ruchu 2d 3g 5m, 20 jazd.

Ciekawe, czy w czerwcu dam radę znowu dobić do 1k kilometrów. Przed rokiem się udało, ale teraz po ośmiu dniach mam dopiero 180, więc może być ciężko.

Reakcje w fediświecie:
silva rerum
silva rerum
@silvarerum@horodecki.net

„silva rerum”, czyli „las rzeczy”.
Blog Łukasza Horodeckiego o różnościach, głównie o jeżdżeniu na rowerze, bezmięsnym gotowaniu i używaniu Linuksa.

116 posts
83 followers

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *