Morderstwo, kradzież, pieniądze i narkotyki

Uwaga: ten wpis powstał dawno temu. Istnieje spora szansa, że nie odzwierciedla obecnych poglądów i opinii autora.

No super, dzięki, dzięki, dzięki, dzięki… Najwyraźniej nie mam wyjścia, jak poddać się szałowi… Pięć rzecz, pięć rzeczy… co by tu… a niech będzie:

  1. Pająki. Boję się panicznie. Wystarczy, żebym zobaczył jakiegoś w TV, a już czuję jak po mnie łażą. Brrrr… Z tego powodu w czasie grzybobrania cały czas macham przed sobą jakimś kijem – wszędzie czyhają pułapki tych paskudztw.
  2. Pierwsze pieniądze zarobiłem na sprzedaży margaretek, które się rozpleniły w naszym ogrodzie.Wykopaliśmy z bratem kilka brył i sprzedawaliśmy przed domem. Nawet jeden z nas (nie pamiętam który) jeździł na rowerze po wsi i robił reklamę. Z tego co wiem, to w jednym ogrodzie we wsi ciągle rosną margaretki spokrewnione z kupionymi od nas. Zarobione pieniądze pewnie wydaliśmy na oranżadę :)
  3. W czasie studiów pracowałem między innymi w bydgoskim klubie “Sanatorium” w charakterze “człowieka od komputerów”, co miało tę niebagatelną zaletę, że poza siedzeniem przy kompie i grzebaniem w różnych programach można było liczyć na piwo czy drinka gratis, czasem też trafiało się coś do palenia. Poza siedzeniem przy kompie wieszałem też plakaty, przekradanie się po nocy po mieście i partyzanckie plakatowanie miały swój urok, ale gdy było mroźno robiło się niemiło. Wtedy można było wpaść do klubu na kieliszeczek jarzębiaczka :)
  4. Jadłem ziemniaki pieczone w ognisku rozpalonym na cmentarzu. Serio. Dziadek dorabiał jako kopidół i czasem razem z kuzynami chodziliśmy do niego. Akurat palił zgrabione liście, więc podrzuciliśmy parę ziemniaków. Pikanterii dodaje fakt, że ziemniaki były kradzione z przycmentarnego pola proboszcza.
  5. Jeden raz jadłem stworzenie zabite przez siebie – żabę. Dostała przez łeb kijem, kumpel ją pociachał scyzorykiem i upiekliśmy udka nad ogniskiem. Dwie sztuki na jakieś pięć osób :) Ognisko rozpalone było na plaży i grzaliśmy się przy nim po kąpieli o czwartej rano. Ugotowaliśmy też nad nim parę malutkich ziemniaczków, ukradzionych (a jakżeby inaczej) z pobliskiego pola. Wszystko to z okazji festiwalu piosenki religijnej w Górce Klasztornej.

Ok, załatwione. Kogo wyznaczam? Nikogo. O!

BTW: Ostatnie kilka dni miałem wycięte z życiorysu przez przesympatyczny rotawirus, ale już mi lepiej i w weekend pewnie uda mi się zabrać do pracy i zrobić coś z tym zielonym :)

6 komentarzy

  1. Hoppke pisze:

    Aha! Kryptożabojad jesteś, waszmość! Pewnie się okaże, że masz w rodzinie francuskich przodków? :)

  2. SebaS86 pisze:

    Zapiekana żaba i “cmentarne” ziemniaki mnie rozwaliły…

  3. jam łasica pisze:

    Machanie kijem nic nie daje, ponieważ te największe pająki i tak zawsze wskakują na plecy :)

  4. Bellois pisze:

    @jam lasica: a żeby Ci największy wskoczył za te słowa! Ja się boję jeszcze bardziej, niż da.killa, do lasu nie wchodzę i od samych słów nie raz się denerwuję. O, teraz muszę się rozglądac po podłodze :-D

  5. To moze od tej zaby taki zieleniutki kolor tych komentarzy? :)

  6. Hoppke: nie znoszę wina, więc to raczej wykluczone :)

    Bellois: u mnie arachnofobia przegrywa z łakomstwem – bardziej lubię grzyby niż się boję pająków :)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *