Ponad rok temu skutecznie rozwaliłem sobie testową wersję Mandrivy, której przez długi czas (nie bez przygód) używałem na desktopie. Rozwaliłem we wredny sposób – odciąłem go od sieci. Pewnie dałoby się go naprawić, ale gdy moje lamerskie dłubanie nie przynosiło efektów zdecydowałem, że najlepszym rozwiązaniem będzie instalacja na czysto stabilnej wersji. Był tylko jeden problem – trzeba było najpierw zrobić backup danych, w tym ponad dwudziestu gigabajtów zdjęć. Będąc specjalistą od prokrastynacji zdecydowałem, że za backupowanie wezmę się niedługo, a tymczasowo przesiądę się na Windows, które dostałem z laptopem.

Jak to w przypadku odkładania uciążliwych zadań bywa, im dłużej zwlekałem tym trudniej było mi się zabrać, zwłaszcza że minęła zima – najlepszy moment na grzebanie i zaczął się sezon golfowy, kiedy na takie rzeczy nie bardzo mam czas. I tak mijał dzień za dniem, a ja siedziałem pod Windows, gdzie umościłem sobie jako takie środowisko pracy.

Przyszła kolejna zima a ja obiecałem sobie, że teraz to już na pewno. Nawet ściągnąłem iso najnowszej Mandrivy. Ale leń siedział we mnie dalej. Katalizatorem, który sprawił, że zabrałem się za grzebanie okazał się nowy laptop Żony, na którym próbowałem zainstalować Linuksa. Gdy już zaczęło się żonglowanie dyskami różnych distro, dłubanie i inne rozrywki, wciągnąłem się na tyle, że odświeżyłem desktop Ojca i zainstalowane w 2006 SUSE, do którego już dawno przestały pojawiać się aktualizacje, zastąpiłem nowym openSUSE (BTW: znaaacznie fajniej się tym teraz zawiaduje, narzędzia administracyjne są wygodniejsze i bardziej przyjazne).

Po załatwieniu desktopu Ojca i laptopa Żony nie było odwrotu. Sięgnąłem po stos pustych DVD i zabrałem się do pracy. Kilkanaście płyt później byłem gotowy. Przy okazji instalacji ostatecznie skasowałem partycję, która kiedyś służyła mi do testowania różnych distro, co symbolicznie zamknęło etap mojego linuksiarskiego grzebalstwa… Przy pierwszym uruchomieniu systemu i po dorzuceniu pakietu z zamkniętym mikrokodem dla sieciówki bezprzewodowej była chwila nerwów, ale wszystko poszło pięknie i sieć ruszyła bez problemów. Teraz zostało już tylko zainstalować dostępne w sieci aktualizacje (w Cookerze nie miałem takiej fajnej ikonki, która powiadamia o update’ach), wywalić niepotrzebne programy, dorzucić Chromium, Pidgina, Dropboksa (plus parę dupereli) i mogłem zabrać się za ustawianie wyglądu GNOME.

Muszę Wam powiedzieć, że gdy miałem już właściwie wszystko, czego potrzebuję złapał mnie taki błogi spokój, jak przy powrocie do domu z długiej podróży :)

Na koniec podzielę się jeszcze dwoma zdziwieniami. Na prawdę zaskoczony byłem, gdy okazało się, że flash pod Linuksem nie jest już traktowany jako gorsze, niechciane dziecko i w końcu nie ma problemu z wydajnością. World Golf Tour w pełnym oknie chodzi tu tak samo jak pod Windows. Pamiętając jakie były jazdy z flashem pod Linuksem spodziewałem się, że żeby pograć w moją aktualnie ulubioną grę będę musiał przełączać się po XP, ale okazało się, że nie będzie to konieczne.

Drugie zdziwienie dopadło mnie przy konfiguracji aplikacji i danych, których używam na co dzień. Konfiguracji, której właściwie nie było. Od ostatniej mojej przeprowadzki systemowej sporo się zmieniło – teraz pocztę (zarówno służbową jak i prywatną) razem z kalendarzami obsługuje mi Google, a wszystkie podręczne pliki trzymam w Dropboksie. Wystarczyło więc skonfigurować Firefoksa i Dropbox, bez przegrywania plików czy eksportowania/importowania poczty między różnymi programami. Szybko i bezboleśnie. Naprawdę fajna sprawa.

Tak więc pokonałem prokrastynację i wróciłem do grona Linuksiarzy, ale praca nie zakończona. Dopiero trzy komputery z czterech, którymi się zajmuję załatwione. Muszę zabrać się jeszcze za stareńkiego desktopa (z Duronem 700 MHz!), do niedawna służącego do pracy mojej Żonie. Po skopiowaniu z niego wszystkich potrzebnych danych postawię tam Mandrivę, skonfiguruję do do udostępniania plików i drukarki po Sambie oraz ściągania seriali z Ye Olde Torrente Shoppe. Potem zabiorę mu monitor, klawiaturę i mysz, dzięki czemu wskoczę na kolejny poziom nerdostwa mając w domu pracujący komputer, do którego nie da się usiąść :)