Sezon golfowy 2009

No to mam za sobą bez wątpienia najlepszy sezon golfowy w całej mojej przygodzie z tym sportem. Trwał najdłużej z dotychczasowych – pierwszy raz grałem ósmego marca, ostatni trzynastego grudnia, co daje 281 dni lub 9 miesięcy i sześć dni. Przez ten czas grałem 113 razy, średnio robiąc nieco ponad osiemnastkę za każdym razem – w sumie 2336 dołków, czyli prawie 130 pełnych rund! Gdy założymy (dość ostrożnie), że na jeden dołek przypada 10 minut, okaże się że na polu spędziłem ponad szesnaście dni! Tyle czasu spędzonego na deptaniu trawy zaowocowało zrzuceniem kilkunastu kilogramów bez stosowania żadnej diety!

Intensywność grania to jedno, ale liczą się też wyniki. Poprawiłem rekord na dziewiątce z 32 do 29 uderzeń (co ważniejsze, 29 udało mi się zagrać nie tylko na treningu, ale i na turnieju), a na osiemnastce zjechałem do 64. To oczywiście zasługa nie tylko intensywnych treningów, ale i nowego sprzętu, o którym już pisałem. Po wielu, wielu dołkach rozegranych tymi kijami mogę bez wahania stwierdzić, że to był bardzo udany zakup. Wilson Staff Di9 to świetne żelaza, sporo wybaczają, ale nie na tyle, żeby nie pozwalać na kształtowanie lotu piłki przy np. draw (to moja najświeższa umiejętność). Torba, którą z nimi kupiłem też się spisała nieźle. Jest na tyle pojemna, że pozwala zapakować całkiem sporo ciuchów, więc mogę być przygotowany na różną pogodę.

Poza kijami, o których pisałem w wyżej zalinkowanym wpisie, w torbie pojawiła się też trójka wood Wilson Staff FYbrid i driver Wilson Staff Spine 10,5°. Oba kije na regularnym shafcie. Na początku było z nimi ciężko, bo nie miałem doświadczenia w grze drewnami, ale z trójką się dogaduję już prawie zawsze, a z driverem w większości przypadków. Driver ma jedną ciekawą cechę – brzmi hm…. mało elegancko. Najpopularniejsze określenia z jakimi się spotkałem to kopnięty śmietnik i puszka paprykarzu :) Ma to tę zaletę, że na całym polu wiadomo, że właśnie ktoś zagrał Spinem :) Do brzmienia się przyzwyczaiłem, tym bardziej, że okazało się, że piłka nim uderzona leci równie daleko jak zagrane pięknie dźwięczącymi kijami.

Buty Adidas Innolux, którymi chwaliłem się w kwietniu już ledwo dyszą. Zapakowałem je w karton, żeby wykończyć je latem 2010, bo do gry jesienią/wiosną się już nie nadają – puszczają wodę. Okazuje się, że zagranie prawie dwóch tysięcy dołków w jednych butach potrafi je wykończyć :) Na szczęście zanim Innoluksy odeszły na spoczynek kupiłem sobie najlepsze buty jakie kiedykolwiek miałem na nogach: Adidas 360 Tour Limited. Są po prostu rewelacyjne! Wygodne, solidne, trzymają się trawy jak szalone. No i ten wygląd – parę tysięcy punktów do lansu :)

Buty okazały się takie dobre, że żal mi ich było na codzienne granie, więc zostawiam je sobie na ekstra okazje, takie jak turnieje. Na rundy treningowe kupiłem sobie inne Adidasy: 360 Tour 3.0. Też wygodne, też dobrze trzymające nogi przy swingu, ale już nie wyglądają tak szałowo. Co nie znaczy, że są brzydkie, po prostu mają bardziej sportowy design.

No właśnie, turnieje. W poprzednich sezonach grałem w turniejach ze dwa-trzy razy, w każdym przypadku był to luźny, towarzyski turniej otwarcia/zakończenia sezonu. W tym roku wystartowałem w ośmiu zawodach, z czego pięć należało do naszego głównego cyklu turniejów Olszewka Cup. Co prawda raz zostałem zdyskwalifikowany (przez własnego ojca!) – nieznajomość drobiazgów z przepisów się kłania, więc miałem tylko cztery wyniki, co jest minimalną ilością na załapanie się do klasyfikacji ogólnej Cup. Rezultat? Siódme miejsce na 22 sklasyfikowanych i 52 startujących w ogóle. Dla mnie bomba.

W tym roku poszedłem po rozum do głowy i zainwestowałem trochę w golfowe ciuchy. Napatrzyłem się na moich golfbuddies, którym nie przeszkadzały deszcze padające cały maj i którzy nie musieli się ubierać w jakieś dziwne kurtki, gdy zaczynaliśmy granie w marcu i pozazdrościłem im wygody jaką daje odpowiednie ubranie. Dlatego w końcu mam w mojej szafie komplet przeciwdeszczowy, cieniutkie bluzy termoaktywne, windstoppery itp.

Dopóki nie zagrałem paru dołków w typowo golfowych ciuchach, nie wiedziałem, że jest aż taka różnica między nimi, a na przykład zwykłą kurtką przeciwdeszczową. Nie chodzi tylko o odpowiedni krój, który nie przeszkadza w wykonaniu uderzenia, ale także o to, że są znacznie cichsze – nie szeleszczą tak straszliwie jak zwykłe. A spodnie, które sobie kupiłem to po prostu bajka – nie dość, że zajmują mało miejsca w torbie, że zakłada je się w dziesięć sekund bez zdejmowania butów, że wytrzymują naprawdę solidny deszcz, to jeszcze właściwie nie czuje się dodatkowej pary spodni, tak jakbyś się nic nie założyło. Rewelacja. Ale odzieżowym odkryciem sezonu są dla mnie bluzy termoaktywne. Ma to z milimetr grubości (może nawet nie), a wrzucone pod polo, czy windstopper grzeje jak marzenie. Taka bluza, w połączeniu z cienkim swetrem i softshellem, razem w okolicach pięciu milimetrów, pozwoliły mi zagrać osiemnaście dołków w komfortowych warunkach nawet przy -2°C, nie krępując przy tym ruchów. Ech… a ja się tyle czasu szarpałem w kurtkach czy bluzach, w których nie tylko nie mogłem się spokojnie zamachnąć, ale i wyglądałem jak pokraka, a tu przecież o lans chodzi! :)

Dobra rada dla wszystkich początkujących golfistów – zainwestujcie w ciuchy do golfa. Parę porządnych polo (które w przeciwieństwie do zwykłych są krojone pod swing, oddychają, odprowadzają wilgoć od skóry a czasem także odbijają promieniowanie UV), ze dwa windstoppery (jeden z długim, jeden z krótkim rękawem), jakaś bluza termoaktywna i komplet przeciwdeszczowy to podstawa, równie ważna jak buty czy kije (no dobra, kije są trochę ważniejsze, chociaż co ci po kijach, gdy deszcz spędzi cię z pola?).

Tylko nie kupujcie tego w polskich sklepach, bo ceny u nas są koszmarne. Znacznie taniej wychodzi w sklepach internetowych w Wielkiej Brytanii, takich jak mój ulubiony Onlinegolf. Ewentualnie można poszperać na Allegro – czasem się trafi fajna okazja, zwłaszcza gdy się przejrzy dział ze zwykłymi ciuchami. Ludzie potrafią tam wystawić fajne rzeczy, które gdyby trafiły do działu golfowego poszłyby znacznie drożej. A tak można kupić windstopper Callaway z krótkim rękawem za 31 złotych, bluzę Ping za 7,50, czy totalnie odjechany sweter Puma Golf za 76 złotych (nówka z metkami). Sam mam kilka kanałów RSS z wynikami wyszukiwania golfowych marek w Google Readerze i cały czas wyłapuję okazje :)

Najważniejsze wydarzenie sezonu zostawiłem na koniec wpisu. W końcu zagrałem na normalnym, dużym polu! Tak, tak – wreszcie ruszyłem się z Olszewki i odwiedziłem na razie dwa pola – Modry Las i Binowo. Na pierwszym poszło mi lepiej niż ktokolwiek się spodziewał, na drugim gorzej niż się spodziewałem, ale niepowodzenie zrzucam na kiepskie warunki (piątego grudnia nie ma co liczyć na pole przygotowane na tip-top).

Plany na przyszły sezon? Grać jak najwięcej, zagrać par na dziewiątce w Olszewce, na osiemnastce zejść do 60, zrobić kartę handicapową w Binowie (może już w kwietniu), pojeździć po różnych polach, w Olszewka Cup 2010 zająć nie gorszą pozycję niż w tegorocznej edycji, dokupić czternasty kij (Wilson Staff FYbrid HS 19,5°), złamać setkę na dużym polu, dalej wciągać Grzesia w golfa (ma już swój zestaw więc nie ma wyjścia, musi grać :D).

Może Ci się również spodoba

  • Siódme miejsce na 22 sklasyfikowanych i 52 startujących w ogóle. Dla mnie bomba.

    No, jak się ma gdzie trenować i można to robić praktycznie tak często, jak się chce, to nie dziwota. To popatrz na mistrzów, którzy nie mają własnych pól golfowych ;)