We wrześniu w końcu trochę odpuściłem i po czterech miesiącach z przekroczonym progiem tysiąca kilometrów, tym razem nakręciłem mniej, bo trochę ponad osiemset.
Pierwszy tydzień to tylko jeden wypad na moją najczęstszą pętle gravelową po okolicy. Aż dziwne, że nadal mi się nie znudziła, może dlatego, że ciągle próbuję jej różnych wariantów, starając się jak najbardziej podkręcić udział dróg bez asfaltu. Fakt, że prowadzi obok przydrożnych drzew owocowych też podnosi jej atrakcyjność :)

– –
Drugi tydzień był dużo bardziej intensywny. W poniedziałek pojechałem na długie (158 kilometrów) zbieranie kwadratów od Kcyni po Białe Błota. Przejeżdżałem przez wielkie kałuże, podskakiwałem na bruku, brnąłem w piachu i sprowadzałem rower z wysokiej skarpy, wszystko po by zaliczyć 52 kwadraty, których potrzebowałem do powiększenia übersquadratu z 28×28 do 30×30. I pomyśleć, że ten rok zaczynałem z 20×20!












W czwartek po pracy wyskoczyłem na krótkie rozkulanie, a w niedzielę pojechałem na kolejną długą jazdę, mimo zapowiadanych przelotnych deszczy, tym razem celem było odwiedzenie miejscowości Buka.
W czasie planowania tej trasy znalazłem alternatywę dla drogi wojewódzkiej 241. Zamiast jechać szosą przez Zboże z Więcborka do Sępólna pojechałem sympatycznym czerwonym szlakiem rowerowym po polnych i leśnych drogach. Z Sępólna też nie wybrałem się jak zazwyczaj przez Sikorz i Trzciany, tylko przez pola prosto do Małej Cerekwicy. To zdecydowanie lepsza opcja niż jazda DW241 i na pewno wykorzystam ją w przyszłości. Przydałoby się jeszcze wykombinować sposób na całkowite ominięcie Sępólna i droga do Chojnic będzie dużo bardziej przyjemna.









– –
Kolejny tydzień to dwa krótkie treningi, najpierw na Gryzelku, drugi szosowy na Ridleyu oraz trochę dłuższa jazda po Średniej Pętli Noteckiej z odbiciem do lasów od Gromadna do Studzienek. Po kilku ciężkich dniach w pracy nie miałem siły na więcej, więc musiało mi wystarczyć to 70 kilometrów, a na pociechę mogłem najeść się pysznych ulęgałek.



![Wycięty ze styropianowych płyt napis I [serce] LASKOWNICA stojący przy płocie, za którym znajduje się przyszkolny plac zabaw.](https://horodecki.net/wp-content/uploads/2026/10/IMG_20260920_133727-Edited-500x374.jpg)


– –
Ostatni tydzień to znowu dwa krótkie wypady na Gryzelku i Ridleyu, a potem 150 kilometrów w sporej części po lasach za Zalewem Koronowskim, bo przypomniałem sobie, że w tę niedzielę wypadał ostatni dzień kursowania promu przez Zalew w tym sezonie. Postanowiłem z niego skorzystać i w ten sposób sobie odbić lipcową wtopę, gdy spóźniłem się na przeprawę i skończyłem jadąc do domu w burzy.
Żeby nie jeździć po tych samych drogach, co zazwyczaj w tamtej okolicy, postanowiłem pozbierać trochę kwadratów, żeby mieć powód do odwiedzenia nowych miejsc. Jednym z nich była ostatnia Olszewka w kujawsko-pomorskim w mojej kolekcji, a raczej miejsce, w którym kiedyś była wieś o tej nazwie, gdyż obecnie jest to ulica w Koronowie. Według Wikipedii do kompletu potrzebuję jeszcze trzech Olszewek, ale wszystkie są w województwie mazowieckim. Jedna z nich ma nawet przystanek kolejowy i już sprawdzałem, że gdybym pojechał tam pociągiem, to mógłbym zaliczyć wszystkie trzy robiąc około 120 kilometrów i wrócić do domu z przystanku Gołotczyzna. Brzmi jak dobry plan na przyszły sezon.
Nad samym Zalewem najwyraźniej szykowała się jakaś impreza rowerowa, bo część dróg była oznakowana. Bałem się, że to może być maraton MTB, bo wiem, że takie się tam odbywają regularnie i zaraz zostanę stratowany przez stado zasuwających zawodników, ale na szczęście udało się przejechać bezproblemowo.












– –
W sumie uzbierało się 831 kilometrów nakręcone w ciągu 42 godzin i pięciu minut podczas 19 zarejestrowanych aktywności. Tylko 10 z nich było jazdami dla frajdy, które i tak stanowiły zdecydowaną większość dystansu, bo 732 kilometry, więc wypady na zakupy czy do paczkomatu to niecałe 100 kilometrów.
Z tych dziesięciu rowerowań osiem przejechałem na Gryzelku:
- trzy długie jazdy (158, 139 i 151 km)
- jedna średnia (70 km)
- trzy krótkie treningi w okolicy 30-40 km
Stosunek długich do krótkich jazd nie jest najlepszy, bo tych drugich powinno być więcej, żebym krótkimi treningami zasłużył na całodniowe wypady. Tylko trochę oprawiają to dwa wyskoki na Ridleyu (łącznie 67 kilometrów), bo to znaczy, że we wrześniu prawie nie ruszałem swojej starej maszyny, a miała mi służyć do budowania formy.

To, że byłem w stanie przejechać aż osiemset kilometrów cieszy zwłaszcza, gdy przypomnę sobie zeszłoroczny wrzesień, kiedy to w ogóle nie wsiadałem na rower przez problemy z kolanami. Łącznie w 2026 nakręciłem już 6380 kilometrów, o 1300 więcej niż w analogicznym okresie zeszłego roku.

O pobiciu rekordowego wyniku z 2017 (prawie 12k km) oczywiście nie ma mowy, ale do następnego najlepszego dystansu, czyli 7328 kilometrów w 2024 został mi już niecały tysiąc. Jeżeli pogoda będzie sprzyjać, to kto wie?

Dodaj komentarz