Gdy okazało się, że ze względu na kontuzję kolan nie będę w stanie wydłużać dystansu, jaki przejeżdżam za jednym zamachem, postanowiłem zabrać się za bikepacking, który pozwoliłby mi zobaczyć z roweru więcej, nawet jeżeli nie jestem już w stanie przejechać np. 300 kilometrów jednego dnia.
Bikepacking to kilkudniowe wypady rowerowe z zabieranym ekwipunkiem ograniczonym do niezbędnego minimum i przewożonym raczej w torbach rozmieszczonym w różnych miejscach roweru, niż w sakwach na bagażniku.
To właśnie z myślą o takim podróżowaniu wybierałem swoją nową maszynę: chciałem dużej ilości punktów montażowych dla bagażu na ramie i widelcu, napędu pozwalającego na wtoczenie się objuczonym rowerem pod górę i mocnych hamulców, które zatrzymają mnie na zjazdach.
Od chwili, gdy kupiłem Gryzelka (aluminiowa szutrówka Canyon Grizl) nie mogłem się doczekać, aż wreszcie będę mógł pojechać na wymarzoną wyprawę. Zgranie czasu wolnego od pracy, opiekuna dla kota i dobrej pogody trochę mi zajęło, ale w końcu na początku sierpnia spakowałem wszystko, co wydawało mi się potrzebne i wyruszyłem.
– –
Planowanie
Wiedziałem, że na pewno pierwszym miejscem, w którym pojadę z namiotem będzie pole biwakowe „Wrzosy” niedaleko Wałcza. To tam jeździliśmy od czasów licealnych z moją Żoną, tam byliśmy na jej ostatnich wakacjach w 2018 i tam jeżdżę co roku na „pielgrzymkę”.
Miałem punkt pierwszy, więc rozglądałem się za kolejnym, w odległości 100-120 kilometrów od „Wrzosów”, bo nie mając doświadczenia w długim jeżdżeniu dzień po dniu, nie chciałem porywać się na dłuższe dystanse. Skoro miałem być pod Wałczem, to pomyślałem o wykorzystaniu Starego Kolejowego Szlaku, którego najnowszy odcinek Wierzchowo – Wałcz wspominałem bardzo pozytywnie. W okolicy Połczyna-Zdroju, przez który przechodzi SKS znalazłem Wolą Górę z wieżą obserwacyjną (niestety niedostępną dla osób postronnych) i miejscem do rozbijania namiotów. Planowałem cztery dni jazdy i trzy noclegi, więc ostatni musiał wypaść gdzieś bliżej domu. Nie chciało mi się szukać kolejnego miejsca, więc zdecydowałem, że trzecią noc również spędzę na „Wrzosach”.
Kusiła mnie dłuższa wyprawa, ale na pierwszy raz nie chciałem porywać się na nic większego. Poza tym wyruszyć miałem w poniedziałek, a w piątek po południu szedłem już do pracy, więc nawet gdybym chciał przeciągnąć wyjazd, to nie miałem na to czasu.
– –
Wyposażenie
Zazwyczaj jeżę na Gryzelku z dwiema torbami: większą od Canyona w ramie, w której jadą narzędzia, zapasowa dętka, powerbank, linka do przypinania roweru pod sklepem, spray na owady, krem z filtrem itp. oraz mniejszą Geosminy na ramie, w której jadą głównie batoniki z Dobrej Kalorii na dany dzień i gaz pieprzowy.
Tym razem jechałem bardziej obładowany. Na kupionych razem z rowerem koszykach Canyon Fork Cage na widelcu wiozłem po worku firmy Geosmina:
- W pierwszym miałem kartusz z gazem, malutką kuchenkę, kubek do gotowania wody, składany sztuciec, zapalniczkę, nóż, saszetki z kawą 3w1, coś do pieczywa na kolacje i śniadania oraz trzy liofilizowane obiady.
- W drugim była reszta obozu: pierdoły toaletowe, czołówka, linka, folia NRC na wszelki wypadek, elektrolity w tabletkach, drugi powerbank i zwijany plecaczek na zakupy. No i olej do łańcucha, bo wiedziałem, że będę musiał nasmarować go w trakcie wyjazdu, zwłaszcza jeżeli będzie padać.
Żeby nie mieć problemów z bezmięsnymi posiłkami wykombinowałem, że zabiorę trzy pasty z tofu słowackiego Luntera (paprykową, delikatną i z żurawiną), każda powinna wystarczyć na sześć bułek, po trzy na posiłek, a że po otwarciu miały leżeć przez noc, to nie powinienem mieć problemu z ewentualnym zepsuciem przez wysoką temperaturę. Sprawdziły się idealnie.


W torbie na kierownicy Geosmina Harness Roll Bag przewoziłem namiot Simond MT900 razem z dodatkową podłogą Forclaz MT900 (na wypadek gdybym musiał rozbić się w niefajnym terenie), materac Simond MT900 oraz nogawki, aby były pod ręką, gdyby zrobiło się zimno.
W worku Riverside ADVT 900 wsadzonym do podsiodłowej uprzęży Rockrider ADVT 900 jechała reszta: ciuchy, ręcznik, prześcieradło do śpiwora (wiedziałem, że z możliwością umycia po dniu na rowerze, często na zakurzonych nieutwardzonych drogach, będzie w czasie tego wypadu różnie i nie chciałem upierniczynić sobie śpiworu, którego pranie jest upierdliwe). No i oczywiście sam śpiwór Simond MT500, z syntetycznym wypełnieniem i o temperaturze komfortu 5°C.
– –
Dzień pierwszy
Nie śpieszyłem się z wyjazdem z domu, chociaż byłem podjarany jak dzieciak na gwiazdkę. Spokojnie sprawdziłem, czy wszystko spakowałem, zjadłem drugie śniadanie i wyruszyłem dopiero w okolicach południa.
Większość poniedziałkowej trasy przejechałem już wielokrotnie, tym razem zwyczajową szosę za Górką Klasztorną przez Kunowo i Bługowo zamieniłem na odkrytą w tym roku polną drogę przez Sławianowo, bo jedzie się tam dużo przyjemniej, zwłaszcza na szerszych oponach.
W Śmiardowie Krajeńskim zjechałem na nowe dla mnie ścieżki – gruntówki przez pola i lasy, aby przez Zelgniewo dojechać do Skórki, gdzie kupiłem bułki na kolację i śniadanie.




Planując wyjazd nie zauważyłem, że ze Skórki miałem wyjechać po drodze wojewódzkiej 188, na miejscu okazało się, że jest bardzo ruchliwa i nawet 2 kilometry, które po niej przejechałem, były bardzo męczące i z ulgą zjechałem do lasu. Następnym razem po prostu zrobiłbym zakupy w Podróżnej, w której i tak kupowałem wodę i ze Śmiardowa pojadę na Głubczyn i Plecemin.
Ze Skórki przez Dobrzycę dotarłem do Krępska, w którym byłem już niezliczoną ilość razy i od którego czuję się już jak w domu.
10 kilometrów później byłem już na „Wrzosach”, gdzie po zameldowaniu się i opłaceniu pobytu mogłem wybrać miejsce do rozbicia. Zależało mi na obudzeniu się z widokiem na jezioro, więc rozłożyłem się między drzewami na skraju wysokiego brzegu.


Pole biwakowe „Wrzosy” jest prowadzone przez nadleśnictwo Płytnica. Dobowa stawka w sezonie 2026 to 20 złotych od osoby i kolejne 20 od namiotu. Przy polu jest plaża z pomostem, wiata z kominkiem i stołami, toalety, zlewy z zimna wodą oraz możliwość wzięcia prysznica w budynku osoby zarządzającej. Więcej informacji możecie znaleźć na tej stronie.
Po rozbiciu zrobiłem obiad (liofilizowany makaron farfalle ze szpinakiem od Lyo, pyszny), a potem poszedłem popływać. Woda w Krąpsku Średnim jak zwykle była zimna, pewnie przez to, że to jezioro przepływowe, ale po pierwszym szoku bardzo przyjemna. Potem trochę byczenia, kolacja i pora spać, bo chociaż przejechałem tylko 87 kilometrów, to jednak jazda objuczonym rowerem po momentami trudnych drogach w ciepły dzień trochę mnie zmęczyła.
Statystyki: 87,1 km, 4 godzin 51 minut w ruchu (5:54 całość), 40% poza asfaltem
– –
Dzień drugi
Zasypiając zastanawiałem się, czy po pierwszej od ośmiu lat nocy pod namiotem będę w stanie podnieść się i wyprostować, ale albo jestem w lepszej formie niż myślałem, albo mój nowy materac jest naprawdę wygodny, bo wstałem bez żadnych problemów.



Zjadłem śniadanie, zapijając bułki kawą, spokojnie złożyłem obóz i o 9:30 ruszyłem w drogę. Początek po znajomych drogach do Szwecji, przed którą na nielegalu przejechałem po nowym wiadukcie nad powstającą obwodnicą. Stamtąd przez Zdbice, gdzie nie mogłem nie zatrzymać się przy skansenie wojskowym, by zrobić zdjęcie Gryzelkowi z T-34/85, na którym siedemnaście lat wcześniej siedziałem z synem.


Skansen wojskowy w Zdbicach miał być Centralnym Rejonem Pamięci 1 Armii Wojska Polskiego i miał dokumentować przełamanie Wału Pomorskiego w tamtej okolicy. Miał objąć spory obaczr, a cały obecny jego teren był planowany tylko jako parking. Obecnie skansen jest zaniedbany i poza czołgiem stoją tam jeszcze dwie haubice wz.38 i działo przeciwlotnicze 85 mm. Kawałek dalej na zachód, w lesie po drugiej stronie szosy znajdują się resztki niemieckich umocnień.
W Karsinie wjechałem na Stary Kolejowy Szlak, po którym jechało się fantastycznie. Odcinek do Wierzchowa to po prostu luksusowa rowerowa autostrada: szeroko, gładki asfalt, świetne oznaczenia. Nawet zielsko na poboczach było przycięte. 10/10, brak uwag.



W Wierzchowie luksusy się kończą i wjeżdża się najpierw na szosę, a potem na leśne gruntówki, momentami bardzo piaszczyste. Po przejechaniu SKS w zeszłym roku skarżyłem się na ten odcinek, w tym roku jechało się przyjemniej, ale nie przez lepszą jakość nawierzchni, po prostu Gryzelek radzi sobie lepiej w terenie niż stary Ridley z węższymi o pół centymetra oponami.
Planowałem po dojechaniu do Złocieńca odbić ze Szlaku, pojechać szosami z drugiej strony jeziora Siecino i wrócić na SKS na wysokości Toporzyka. Na heatmapie widziałem, że ludzie tam jeżdżą, więc założyłem, że ruch samochodów może być do wytrzymania. Niestety było to błędne założenie, więc zdążyłem tylko wyjechać kawałek z Zieleńca ulicą Połczyńską, po czym zmieniłem zdanie i grzecznie wróciłem na rowerową trasę.
Przed miejscowością Cieszyno zatrzymałem się przy jednej z wielu wiat na Szlaku i przygotowałem sobie dal z ryżem i soczewicą z Decathlonu (smaczny).

Przez pierwszą połowę jazdy było gorąco, ale później się zachmurzyło i przed Połczynem-Zdrojem przez chwilę kropiło.
Do samego miasta wjechałem tylko na chwilę, żeby zrobić zakupy: kolejne sześć bułek, zapas wody (bo tym razem nie miałem dostępu do kranu) i paczka prażonych orzeszków z bobem i ciecierzycą, bo przycisnęło mnie na coś słonego. Najwyraźniej mimo rozpuszczania elektrolitów w bidonach miałem braki i organizm domagał się uzupełnienia.
Z ulgą wyjechałem z miejskiego ruchu i odbiłem na boczne drogi, najpierw asfaltowe, a potem szutrowe, którymi wkulałem się na Wolą Górę.

Na Wolej Górze (219 m n.p.m.) znajduje się 48-metrowa wieża obserwacyjna należąca do nadleśnictwa Połczyn–Zdrój. Informacje znalezione w sieci i na tablicy informacyjnej przy drodze dojazdowej mówiły o możliwości wejścia w sezonie letnim na balkon widokowy, ale rdzewiejąca kłódka na furtce oraz zarośnięty teren dookoła wieży mówią, że od dłuższego czasu nikt tam nie zaglądał.
Tak, jak się spodziewałem, nikogo innego tam nie było, mogłem więc wybrać dla siebie najlepsze miejsce: równe, nie rzucające się w oczy, bliskie słupa, do którego przypiąłem na noc rower.
Zdążyłem rozbić się, umyć nawilżanymi chusteczkami i przebrać, gdy pojawił się jeszcze jeden podróżujący rowerzysta – młody chłopak o imieniu Mateusz, na trekingu obładowanym sakwami. Za dużo nie rozmawialiśmy, bo zazwyczaj jestem niezbyt rozmowny, a na zmęczeniu to już wcale. Zapytał tylko, czy nie będę miał nic przeciwko temu, że się rozbije obok (nie miałem), a ja spytałem dokąd jedzie (do Poznania).

Kolacja, pochłonięcie orzeszków, ząbki i do namiotu. Już usypiałem, gdy wybudziły mnie strzały w lesie, najwyraźniej ktoś uznał, że zapadający zmrok jest idealną okolicznością do polowania. Zdążyłem się trochę powkurwiać i usnąłem na dobre. Spało się cudnie, tym bardziej, że nad ranem popadało.
Statystyki: 112,2 km, 5 godzin i 31 minut w ruchu (7:47 całość), 15% poza asfaltem
– –
Dzień trzeci
Znowu spałem jak niemowlak, pewnie głównie dzięki zmęczeniu całym dniu na rowerze. Obudziłem się wcześnie rano, w pełni wypoczęty. Starłem ręcznikiem wodę z namiotu, bo w nocy trochę popadało, wypakowałem swoje rzeczy pod wiatę i zdjąłem tropik i powiesiłem go na lince. Ciągle rozstawioną sypialnię odpiąłem od podłoża i przestawiłem w zasięg porannego słońca, tak żeby trochę przeschła.
Przez deszcz spałem przy zamkniętych wlotach wentylacji i para wodna skondensowała się na ściankach, a nie chciałem pakować mokrej tkaniny. Już poprzedniej nocy zdążyłem się już dowiedzieć, że wentylacja w tym namiociku nie urywa, ale po zamknięciu wlotów było wyraźnie gorzej.
Gdy mój tymczasowy dom wysychał, ja zabrałem się za śniadanie. Zdążyłem zjeść, wypić kawę, spakować się, przespacerować po okolicy i zrobić kilka zdjęć, zwinąć namiot i założyć większość toreb na rower, zanim obudził się mój sąsiad. Dokończyłem pakowanie, pożegnałem się i wyruszyłem.
Zacząłem od kapitalnej drogi do Czarnkowa, która w porannym świetle wyglądała tak fantastycznie, że wrzuciłem zdjęcie na fedi z dopiskiem „Czy można lepiej zacząć dzień?”.

Kawałek później wyjechałem na bardzo ruchliwą drogę wojewódzką 163 i euforia mi minęła. Na szczęście po chwili komputerek kazał mi skręcić w las miedzy jeziorami Krzywe i Krąg. Gdy po kilkudziesięciu metrach wąską ścieżką przez szuwary dojechałem do przewróconego drzewa, pod którym musiałem rower przeciągnąć, przypomniałem sobie, że gdy kilka miesięcy wcześniej planowałem tę trasę, postanowiłem ominąć DW163 jadąc leśnym single trackiem „Połczyńska garda”.
Według informacji na stronie Dzikie zdroje to „trasa rowerowa MTB, trekkingowa i spacerowa”, więc założyłem, że na gravelu przejadę ją bez większych problemów. Ta, jasne…
Nie tylko trasa słabo nadawała się dla objuczonej szutrówki, to najwyraźniej jechałem nią „pod prąd” i w kilku miejscach musiałem wpychać rower na strome, dość błotniste zbocza, gdzie walczyłem o każdy kolejny krok, szukając oparcia dla stóp w wystających korzeniach drzew.




Poza tymi podjazdami (o ile można tak nazwać fragment, po którym nie dało się jechać) było całkiem zabawnie, bo po tej wąskiej, momentami krętej ścieżce pomiędzy drzewami, korzeniami i kamieniami jechało się zaskakująco przyjemnie, nawet gdy prowadziła w poprzek stromego zbocza…
Pewnie nie odważyłbym się tam zasuwać nawet na właściwym rowerze, bo dropy jednak były masakryczne, ale zrozumiałem potencjalną atrakcyjność takiej zabawy dla osób mniej przywiązanych do posiadania niepołamanych kończyn.
Po trzecim wpychaniu roweru pod górę krętą ścieżką wyszedłem na prostopadłą drogę brukową. Według nawigacji miałem z niej zjechać na kolejny odcinek single tracka, ale był tak zarośnięty, że odpuściłem sobie i wróciłem na szosę, na szczęście tylko na 6 kilometrów.
Na szarpaniu się z singielkiem (a potem wrzucaniu zdjęć z niego do Fediwersum) straciłem tyle czasu, że gdy niedługo po zjechaniu na boczną drogę zatrzymałem się, żeby zrobić zdjęcie zaskrońcowi na drodze, dogonił mnie sakwiarz Mateusz.

To był ostatni raz, gdy go widziałem, bo ruszyłem dalej, gdy z kolei on robił fotki wężowi, a że nie skręcałem już na kolejne masakryczne szlaki, to byłem trochę szybszy.
Przez Prosinko dojechałem do jeziora Żerdno, które okrążyłem, aby przez Nowe Drawsko dojechać do Czaplinka. Stamtąd jeszcze przez chwile trzymałem się asfaltu, ale za miejscowością Czarne Małe odbiłem na świetne polne i leśne drogi, momentami tuż przy jeziorach, którymi jechałem do Starowic. Te 10 kilometrów było chyba najfajniejszym odcinkiem tego dnia.




Po powrocie na asfalt pojechałem w stronę Nadarzyc, odbijając od szosy dwa razy. Pierwszy raz tylko kawałek, by sprawdzić punkt widokowy na Zalewy Nadarzyckie znajdujący się ok. 200 metrów w głąb lasu.
Zalewy Nadarzyckie powstały w latach trzydziestych XX wieku w wyniku spiętrzenia wód rzeki Pilawy. Ich łączna powierzchnia to ponad 200 hektarów i prawie 20 kilometrach krętej linii brzegowej. Od zachodu sąsiadują z 21 Centralnym Poligonem Lotniczym, ale reszta jest dostępna dla osób postronnych.

Drugie odbicie, to wizyta na Trakcie Jenieckim przed samymi Nadarzycami. Byłem tam już wcześniej z rodziną (mój dwunastoletni wówczas syn przejechał wtedy swoje pierwsze 80 kilometrów jednego dnia), a teraz pojechałem sprawdzić, jak jest utrzymywane to miejsce.
Trakt Jeniecki to ścieżka historyczno-edukacyjna w miejscu, w którym w czasie II wojny światowej znajdowały się niemieckie obozy jenieckie: Stalag 302 Rederitz oraz Oflag IID Gross Born. W lesie znajdziemy dwa cmentarze oraz szereg tablic informacyjnych przedstawiających historię obozów i życie w nich.

Po wyjechaniu z Traktu w pobliżu Kłomina zawróciłem szosą do Nadarzyc, by pojechać stamtąd do Sypniewa leśnymi drogami przez Sypniewko-Folwark. W Sypniewie zrobiłem zakupy i przez Kolonię-Brzeźnicę oraz Budy pojechałem lasami znowu na „Wrzosy”.
Kusiło mnie trochę kolejne zajrzenie do pobliskiego obiektu 3002, ale goniły mnie ciemne chmury, a prognoza pogody zapowiadała solidną burzę, więc postanowiłem pojechać prosto na pole biwakowe i rozbić się, zanim pogoda się zepsuje.
Obiekt 3002 to jedna z trzech radzieckich składnic głowic atomowych w Polsce. Głowice były to przechowywane podziemnych magazynach, do których niestety nie ma możliwości legalnego wejścia. Można za to obejrzeć trochę schronów broniących dostępu do bazy oraz obiekt „Granit”, który był najprawdopodobniej miejscem tymczasowego ukrycia pojazdu transportującego głowicę do miejsca odpalenia rakiety.
Tym razem wybrałem inne miejsce na namiot. Spodziewając się burzy nie chciałem się rozkładać na skraju wysokiego brzegu nad jeziorem i wybrałem bardziej zaciszny zakątek.

Po rozbiciu wciągnąłem Mac & cheese z Lyo w ramach spóźnionego obiadu, chwilę odsapnąłem i poszedłem popływać.
Ostatecznie z zapowiadanej burzy nic nie wyszło i skończyło się na niezbyt mocnym deszczu. W nocy widziałem błyski na niebie na północno-zachodniej stronie, ale nie słyszałem ani jednego grzmotu i w sumie nie wiem, czy to była burza gdzieś daleko, czy może nocne ćwiczenia na poligonie w Nadarzycach, jak sugerowała jedna z biwakowiczek spotkana przy zlewach następnego poranka.
Statystyki: 90,6 km, 5 godzin 13 minut w ruchu (7:48 całość), 51% poza asfaltem
– –
Dzień czwarty
Ostatni dzień. Obudziłem się z mieszanymi emocjami. Z jednej strony było mi żal, że wyjazd się kończył i jechałem do domu, z drugiej ciągle byłem na haju, że mogłem wybrać się na takie wakacje, jeździć cały dzień na rowerze, nocować w namiocie i znowu wsiadać na rower.
Zapowiadał się bardzo gorący dzień z temperaturami sięgającymi 34°C, ale poranek był bardzo przyjemny. Częściowo się spakowałem, zdjąłem tropik z namiotu i powiesiłem go na lince do wyschnięcia, żeby sypialnia mogła też przeschnąć, bo spodziewając się nocnej burzy i ulewy zamknąłem otwory wentylacyjne.
Gdy namiot wysychał, ja poszedłem się zmoczyć i po raz ostatni popływać. Gdy regularnie jeździliśmy na „Wrzosy” zaczynanie dnia od kąpieli w pustym jeziorze, zanim ktokolwiek na polu biwakowym wstanie, było jedną z moich ulubionych rzeczy i przyjemnie było sobie przypomnieć to doświadczenie.

Po pływaniu śniadanie, smarowanie łańcucha, pakowanie reszty rzeczy i pora na podjęcie decyzji co do trasy. Nie chciałem jechać prosto do domu i kończyć wakacji tuż po południu, postanowiłem więc wydłużyć powrót i jechać przez Piłę i Chodzież.

Uznałem też, że to dobra okazja, aby sprawdzić jedyny fragment Starego Kolejowego Szlaku, którego nie przejechałem rok wcześniej, bo wolałem nocny odcinek z Wałcza do Piły pojechać przez Szydłowo, zamiast w Skrzatuszu odbijać na jakąś polną lub leśną drogę, by nią dojechać do Zawady.




Okazało się, że podjąłem wtedy dobrą decyzję, bo był to nieoznaczony skręt (co więcej, oznaczenie trasy rowerowej na tym skrzyżowaniu pokazuje w innym kierunku) na brukowaną drogę z podjazdami, a potem gruntówkę przez las. Wcześniej obawiałem się, że mogę tam trafić na głęboki piach, więc nie było tak źle, ale i tak cieszę się, że wtedy wybrałem szosę, zamiast po ciemku i na zmęczeniu szarpać się na brukowych podjazdach.
Zamiast mojej zwykłej trasy z Piły po DDR do Kaczor pojechałem przez Leszków, Kalinę i Dziembowo. W tej ostatniej miejscowości zatrzymałem się pod sklepem, bo chociaż przejechałem dopiero 45 kilometrów, a już zdążyłem opróżnić oba bidony i w zapasie miałem już tylko litr wody pod ramą. Przy okazji wciągnąłem piwo zero oraz loda, co w prażącym słońcu było jak zbawienie.
Z Dziembowa wyjechałem asfaltową DDR, a w Morzewie znowu byłem na dobrze mi znanych drogach. Po dojechaniu do Chodzieży zastanawiałem się, czy by jeszcze nie przeciągnąć powrotnej trasy i odbić w Ratajach na Margonin i Gołańcz, ale było tak gorąco, że porzuciłem ten pomysł i wróciłem do domu przez Szamocin i Gromadno.




Statystyki: 118 km, 6 godzin 11 minut w ruchu (8:18 całość), 14% poza asfaltem
– –
Jak sprawdził się sprzęt?
Zarówno rower, jak i wszystkie torby spisały się jak należy. Asfalt, szuter, piach, bruk – wszystko trzymało się na swoim miejscu. Uprzęże niezależne od worków (w torbie na kierownicy i podsiodłówce) okazały się tak wygodne, jak myślałem. Nie musiałem za każdym razem przypinać torby do roweru, tylko rano pakowałem drybaga i wczepiałem go w uprzęż. Worek od torby na kierownicy ma dodatkowo spory pasek z rzepa, co przytrzymuje go w miejscu podczas przypinania. Jedyny minus to brak wentyla, który ułatwiałby wypchnięcie powietrza przy zwijaniu worka.
– –
Wyposażenie kuchenne (palnik, kubek, składany łyżko-widelec) testowałem już wcześniej, więc wiedziałem, że mogę na nim polegać, ale niewiadomą był cały setup sypialniany. Bardzo pozytywnie zaskoczył mnie materac, po nocach na nim wstawałem wypoczęty, bez bólu w moich starzejących się plecach. Dzięki dołączonemu workowi służącemu do pompowania, napełnia się go bardzo szybko i bez wdmuchiwania do środka pary wodnej.
– –
Śpiwór okazał się bardzo ciepły i zasypiałem tylko przykryty nim i dopiero nad ranem wsuwałem się do środka. Niestety, RiGCz nie pozwolił mi na zakup puchowego, więc musiałem wybrać taki z wypełnieniem syntetycznym, cięższy o około kilogram i o litr większej objętości po spakowaniu. Przez to miałem wyraźnie mniej miejsca w podsiodłówce.
Podobny skutek na miejsce w torbie miała decyzja o kupieniu najtańszego prześcieradła do śpiwora, tym razem podyktowana skąpstwem, a nie etyką. Za 40 złotych kupiłem ważące 275 gramów prześcieradło z poliestru zajmujące 1,2 litra, bo opcje lżejsze i mniejsze objętościowo kosztują kilkukrotnie więcej. Przynajmniej nie musiałem przejmować się czystością śpiwora, gdy kładłem się spać po całym dniu na rowerze, umyty tylko nawilżanymi chusteczkami.
– –
O problemach z wentylacją w namiocie już wspominałem. Nie mogę powiedzieć, że byłem zaskoczony, bo widziałem wzmianki o tym w recenzjach, które czytałem i oglądałem przed zakupem. Nie chciałem jednak jako pierwszego namiotu kupować czegoś wypasionego (jak Hubba Bubba Bikepacking od MSR za 2k), więc wybrałem po prostu opcję niedrogą (zapłaciłem 720 złotych) i w miarę lekką (1,3 kg).

Przyjemnie zaskoczył mnie nieduży przedsionek, w którym jednak bez problemu mieściły się wszystkie moje torby. Rozkładanie i składanie namiotu jest bardzo proste (m. in. dzięki oznaczeniu kolorem niektórych połączeń), chociaż jego wadą na pewno jest to, że wymaga przypięcia do gruntu. Wolałbym też mieć możliwość rozbicia najpierw tropiku, a potem rozkładania sypialni wewnątrz, co byłoby przydatne w razie deszczu.
– –
Z mniejszych rzeczy:
- Czołówka Petzl Tikka kupiona z polecenia na fedi okazała się bardzo wygodna (zarówno w czasie tego wyjazdu, jak i przy zwiedzaniu bunkrów jakiś czas później) i myślę, że dokupię do niej ładowany przez USB akumulator, aby zastąpić trzy baterie AAA, które są tam domyślnie.
- Nieduży nożyk Opinel No. 7 idealnie sprawdził się przy szykowaniu kolacji, a do tego zajmuje niedużo miejsca i waży tyle co nic, więc będzie ze mną jeździł dalej.
- Stalowa butelka o pojemności jednego litra, którą wożę w koszyku Zefal Adventure idealnie mieści mi się pod ramą i jest świetnym uzupełnieniem dwóch bidonów CamelBak – jeden izolowany Podium Chill, drugi zwykły Podium (bo nie mam więcej miejsca pod torbą w ramie), oba o objętości 0,62 litra i z dodatkowymi Mud Cap zabezpieczającymi ustniki przed kurzem i błotem.
- Dwa powerbanki Baseus PicoGo 10k mAh wystarczyły bez problemu do ładowania telefonu. Nie potrzebowałbym aż tyle prądu, gdybym nie wrzucał przez cały czas zdjęć na swoje konto na Mastodonie lub zrezygnował z udostępniania lokalizacji rodzinie, co wymaga włączonego Bluetooth i połączenia z siecią. W przypadku dłuższego wyjazdu musiałbym kombinować z doładowaniem ich po drodze (czy można to zrobić np. na Orlenie?).
- Dziesięciolitrowy plecaczek Forclaz 100, którego używałem do robienia zakupów jest kapitalnym rozwiązaniem. Waży tyle co nic (45 gramów), zwinięty mieści się w kieszeni, a po rozłożeniu wystarcza, aby spakować wszystko, czego potrzebowałem na kolację i śniadanie.

– –
Podsumowanie i wnioski
Już dawno nie bawiłem się tak dobrze na rowerowym wyjeździe. Cały czas towarzyszyło mi odczucie wolności i niezależności, jakie daje wiezienie ze sobą całego wyposażenia oraz możliwość pojechania dalej i zobaczenie więcej, niż w przypadku jednodniowego wyjazdu. Nawet gdybym nie chciał lub nie mógł skorzystać z wyznaczonych miejsc biwakowych, to zostają jeszcze obszary objęte programem „Zanocuj w lesie” albo po prostu rozbicie się gdzieś na dziko.
Na pewno będę chciał wyjechać tak jeszcze nie raz, na jeszcze dłuższe wyprawy. Problem w tym, że przy obecnym zestawie toreb nie za bardzo mam miejsce, by zapakować więcej ubrań, zwłaszcza cieplejszych. Nie jestem drobną osobą i moje ciuchy trochę zajmują.
Wymieniając śpiwór na puchowy (co się raczej nie stanie) i prześcieradło na droższe mógłbym zyskać ponad 1,5 litra. To niemało, ale gdybym miał zabrać ze sobą jakieś długie spodnie i ciepłą bluzę/kurtkę, to i tak byłby problem z upchaniem tego w torbie pod siodłem. W razie wyjazdu na np. tydzień, zwłaszcza przy zabraniu ze sobą więcej jedzenia, musiałbym jednak pomyśleć o innym rozwiązaniu w rodzaju jakiegoś minimalnego bagażnika i dwóch sakw.
– –
Z rzeczy, które zabrałem ze sobą, właściwie skorzystałem z wszystkiego, nie licząc gazu pieprzowego i folii NRC, więc nie wiozłem ze sobą niczego niepotrzebnie. Za to były dwie rzeczy, których mi brakowało:
- Pierwsza to coś do siedzenia przed namiotem. Radziłem sobie używając drybaga z torby na kierownicę i przy pogodzie, jaką miałem wystarczało, ale pewnie w chłodniejsze i bardziej wilgotne dni przydałoby mi się piankowe siedzisko, z którego zabrania zdecydowałem w ostatniej chwili.
- Druga to klapki. Miałem ze sobą wyłącznie buty rowerowe i zakładanie ich przy każdym wychodzeniu z namiotu było bardzo upierdliwe, nie wspominając już o mokrych nogach po wyjściu z jeziora.
Może przydałoby się zabrać też jakiś żel łagodzący świąd po ukąszeniu owadów, bo raz nie zdążyłem popsikać się repelentem i jakaś wredna jusznica boleśnie dziabnęła mnie w nogę.
Zastanawiałem się też, czy nie przydałyby mi się słuchawki, by posłuchać jakichś podcastów przed zaśnięciem, ale wtedy pewnie bym potrzebował kolejnego powerbanka, a poza tym zasypiałem tak szybko, że za dużo bym nie usłyszał.
– –
Rozpoczęcie bikepackingu od noclegu na „Wrzosach” bardzo dobrze mi zrobiło psychicznie i zastanawiam się, czy by w przyszłości nie używać tego pola biwakowego jako punktu startowego dla innych wypadów. Mógłbym stamtąd ruszyć na np. Trasę Pojezierzy Zachodnich, czy to na zachód przez Drawsko Pomorskie i Choszczno w stronę mostu na Odrze w Siekierkach, czy na wschód przez Szczecinek i Biały Bór do Miastka. Na razie nie planuję nic konkretnego, bo w tym roku już raczej nie uda mi się wybrać na kilkudniowy wyjazd.
Ale w przyszłym roku pojadę na pewno!

Dodaj komentarz