Początek lipca to dwa średniej długości wypady szutrowe. Najpierw odwiedziłem lasy na drugim brzegu Noteci (64 kilometry z leśnym odcinkiem od Gromadna przez Suchego Psa do Grzecznej Panny – to prawdziwe nazwy miejscowości, serio), a potem wyskoczyłem na moją najczęstszą pętlę w pobliżu domu, tym razem trochę przeciągniętą do 54 km przez objazd jezior Rościmińskiego Dużego oraz Czarmuńskiego, bo pogoda tego dnia była zbyt piękna, żeby wracać do domu.






– –
Drugi tydzień zacząłem od wyjazdu na Gryzelku w okolice Złotowa, by zebrać trochę polnych i leśnych skwadratów w północno–zachodnim rogu mojego übersquadratu.









Przy okazji wizyty w Złotowie zajrzałem na tamtejsze pola do disc golfa (jedno nad jeziorem Miejskim, drugie w pobliskim Międzybłociu), gdzie odkryłem, że w najbliższy weekend odbywają się tam mistrzostwa Polski. To jedyna dyscyplina, z której relacje oglądam, więc nie mogłem nie wybrać się na kibicowanie i w niedzielę byłem znowu w Złotowie, tym razem na moim szosowym Ridleyu.



Obie wizyty w Złotowie miały po ponad 120 kilometrów, więc po dodaniu dwóch krótkich jazd w okolicy domu, w tygodniu uzbierały się trzy setki z hakiem.
A obserwowanie mistrzostw Polski było ciekawym doświadczeniem. Sam nigdy nawet nie trzymałem dysku w rękach i dopiero oglądając grających amatorów uświadomiłem sobie, jak niesamowite jest to, co wyprawiają osoby startujące w turniejach, które oglądam na YouTube.
– –
W kolejnym tygodniu wyskoczyłem tylko raz – na jeszcze jedno zbieranie kwadratów w północno-zachodnim rogu. Pokręciłem się po tamtejszych lasach, czasem jadąc po drogach, które były tylko delikatną sugestią w chaszczach, dzięki czemu został mi jeden wyjazd od zwiększenia übersquadratu o kolejne dwa oczka.






W czasie jazdy przez zarośniętą pokrzywami leśną ścieżkę wymyśliłem sobie rowerowego mema, którego skleiłem po powrocie.

– –
Następny tydzień był bardziej intensywny. Najpierw dwa wypady na gravelu, w tym jeden po mojej stałej szutrowej trasie w nadnoteckich lasach, która tym razem okazała się rozryta, z głębokimi koleinami i kamieniami leżącymi luzem na drodze. Rozumiem, że czasem drogi trzeba najpierw rozwalić, żeby je wyremontować, ale przecież można to robić po fragmencie, a nie najpierw rozorać całą prawie dziesięciokilometrową drogę, a potem po trochu ją naprawiać.


Dla odreagowania dzień później wyskoczyłem na krótkie szosowe kółko, bo nie miałem ochoty na kolejne wytrzęsienie się na wybojach.
– –
Na koniec tygodnia wybrałem się na dłuższą wycieczkę, która została highlightem miesiąca, więc rozpiszę się o niej trochę więcej. Miałem ochotę na pojeżdżenie po nowych dla mnie lasach, więc na mapie poszukałem miejscowości, do której mogę dojechać pociągiem, a potem wrócić do domu przez malownicze okolice. Padło na Warlubie, z którego narysowałem sobie trasę przez Tleń, Czersk, Tucholę i Koronowo.
Chciałem pojechać najwcześniej jak się da Arrivą, ale do ich sezonowego pociągu „Latarnik”, jeżdżącego z Bydgoszczy na Hel i z powrotem, nie można wsiąść z rowerem. Pojechałem późniejszym Regio i w Warlubiu znalazłem się dopiero o 8:30. Zacząłem od nudnego szosowego odcinka po drodze wojewódzkiej do Osia, ale tam już zjechałem na leśne drogi i zrobiło się fajne, zwłaszcza w czasie objeżdżania jezior Żur, Ciche i Mukrza (to drugie jest rezerwatem przyrody).
Później był przejazd przez pełny wczasowiczów Tleń i droga po szutrach oraz asfaltach pod Czersk, z której odbiłem na chwilę, by zobaczyć miejsce, w którym w czasie wojny był bunkier AK. Do samego Czerska wjechałem tylko na chwilę, by odbić z niego na Tucholę przez Fojutowo. W tej ostatniej miejscowości wjechałem na sympatyczny single track wzdłuż Wielkiego Kanału Brdy, przy którym zrobiłem sobie przerwę na obiad.
Niestety w czasie planowania trasy nie zauważyłem, że w Fojutowie mogłem zobaczyć dwie ciekawostki: akwedukt, którym Wielki Kanał Brdy przepływa nad Czerską Strugą oraz wieżę widokową. Może kiedyś wybiorę się tam ponownie i nadrobię te zaległości.
Z Czerska do Tucholi jechałem w większości po szutrach i gruntówkach aż do okolic Stobna, gdzie zaczęła się szosa. Z Tucholi wyjechałem po asfaltowej DDR aż do Szumiącej, gdzie zamiast skręcić jak zazwyczaj w stronę Zamrzenicy i tam wjechać na leśne drogi, pojechałem przez Bysławek do Klonowa, żeby stamtąd szybciej dotrzeć do przeprawy promowej przez Zalew Koronowski. Na miejscu okazało się, że jestem pół godziny za późno i musiałem objechać zalew i przez Nowy Jasiniec dotrzeć do Koronowa. Tamtejszy stromy wyjazd z miasta ulicą Nakielską nieźle mnie wymęczył. Miałem za sobą już ponad 160 kilometrów po momentami ciężkim terenie, przejechane w upalny dzień i ledwo wtoczyłem się na górę.
Po wjechaniu musiałem chwilę odpocząć na przystanku, gdzie przy okazji wymieniłem szkła w okularach na bezbarwne, bo była już dwudziesta i nałożyłem kurtkę przeciwdeszczową, bo niebo przede mną zrobiło się czarne i zaczęło grzmieć. Chwilę po ruszeniu w dalszą drogę załapałem się na skraj burzy: zrobiło się ciemno, wiało tak, że ledwo utrzymywałem się na rowerze a na dokładkę ściana wody. Wszystko trwało niecałe 10 minut i skończyło się równie nagle, jak zaczęło.
Zacząłem nawet trochę wysychać, gdy zaczęło kropić ponownie i zbliżyłem się do kolejnej burzy. Tym razem zamiast jechać w burzy schowałem się w wiacie przystankowej, gdzie przy okazji nałożyłem nogawki oraz base layer z długim rękawem i przeczekałem, aż będzie bezpiecznie, śledząc wyładowania na radarze pogodowym.
W końcu pojechałem dalej i na 20-parę kilometrów przed domem rozpadało się ponownie i nie odpuściło już do końca. Po przeczekiwaniu burzy byłem jednak wypoczęty i zdążyłem zapomnieć o problemach na podjeździe w Koronowie, więc taki drobiazg jak deszcz nie był w stanie zepsuć mi frajdy z jazdy. Po dojechaniu do mojej wsi nawet dokręciłem jeszcze kawałek, żeby przekroczyć próg 200 km.
W przyszłości chętnie bym się wybrał na tę trasę ponownie, ale raczej wymieniłbym nudny asfaltowy odcinek z Warlubia do Osia na równoległe leśne szutry. I tym razem wybrałbym raczej dzień bez burzy xD


















– –
W ostatnim tygodniu przejechałem się jeszcze bardzo spokojnie na gravelu w ramach rozkulania, czyli recovery ride, a dzień później trochę żwawiej na szosie, co ostatecznie dało mi tysiąc kilometrów przerowerowanych w miesiącu, po raz trzeci z rzędu, co nie zdarzyło mi się od 2016.
Ten dystans pokonałem w czasie 24 jazd, które razem zajęły mi 2 dni, 5 godzin i 34 minuty w ruchu.
- Dziewięć jazd (głównie na zakupy) zaliczyłem na starym dojeżdżerskim Treku – łącznie 93 km
- Pięć razy jechałem na Ridleyu – 218,7 km
- Pozostałe 10 wypadów odbyłem na Gryzelku, co stanowiło większość miesięcznego „urobku”, bo 709,5 km.

Nie udało mi się w lipcu wybrać na zapowiadany bikepacking, ale mogę zdradzić, że załatwiłem to w końcu na początku sierpnia, a notka o tej wyprawie powinna pojawić się niedługo.
Innych planów na sierpień już nie mam, zastanawiam się nad wizytą w połowie miesiąca na wrzosowiskach w Kłominie i Okonku, a do tego pewnie trafi się jakieś kolejne skwadratowanie i trochę kulania po okolicy.

Dodaj komentarz