Rowerowy czerwiec zacząłem od dwóch krótkich jazd po okolicy, najpierw 45 km na szutrowym Gryzelku po trasie Wiele – Rościmin, którą próbuję dopracować tak, by miała jak najmniej asfaltu i ułożyła się w pętlę z w większości polnych i leśnych dróg. W pierwszej wersji miała około 20% nieutwardzonych dróg, ale udało mi się podbić to do 40%. Dla równowagi następny raz wyskoczyłem na szosowym Ridleyu.
– –
Drugi tydzień zacząłem od tego, do czego zabierałem się już od jakiegoś czasu, czyli testowego przejazdu z rowerem w pełni załadowanym tak, jakbym wybierał się na kilkudniowy bikepacking. Poza torbą w ramie i płetwą na górnej rurze, z którymi jeżdżę na co dzień, miałem też dwa worki na widelcu, torbę na kierownicy i dużą podsiodłówkę. Spakowałem do tego namiot, materac, śpiwór, ciuchy, kuchenkę, żarcie itp.

Na tak obładowanym Gryzelku zrobiłem 103 kilometry w sporej części po leśnych szutrach i drogach gruntowych, czasem też piaszczystych. Po jeździe napisałem na fedi:
„Przez większość czasu nawet nie czułem, że jadę tak objuczonym rowerem, dopiero na podjazdach większa waga dawała o sobie znać.
Nie miałem też problemu z przeważaniem którejś strony, chociaż gdy dokręcałem mocniej stojąc na pedałach, miałem wrażenie, że w czasie przechylania roweru z jednej strony na drugą jest bardziej bezwładny. W tych chwilach też czułem lekkie bujanie dużej podsiodłówki Riverside, która poza tym była właściwie niezauważalna (nie licząc przekładania nogi nad nią przy wsiadaniu i zsiadaniu).
Torbę na kierownicy musiałem poprawić po kilkunastu kilometrach. Wyjąłem jeden z dwóch piankowych klocków dystansowych z mocowania do główki ramy, dzięki temu torba przesunęła się niżej i zrobiła więcej miejsca wiszącej pod komputerkiem lampce. Przy prawdziwym wyjeździe będę musiał pamiętać, żeby lepiej skompresować worek, żeby wypadła jeszcze niżej. Szkoda, że Geosmina dała tu ciała i rollbag nie ma wentyla ułatwiającego ściśnięcie.
Dzisiaj po raz pierwszy jechał ze mną również koszyk Zefal Adventure polecony przez @szarak, okazał się dobrym sposobem na przewożenie bidonu pod ramą. Duży izolowany Camelbak pasuje tam idealnie, ale muszę pomyśleć, czy nie rozejrzeć się za prostą metalową butelką o większej pojemności.”
Niestety na rzeczywisty wypad bikepackingowy będę musiał poczekać, aż się zgra praca, pogoda i syn zjedzie do domu, żeby zająć się kotem podczas mojej nieobecności.
Pozostałe dwie jazdy były kolejnymi wypady na krótkie pętle na szosie i szutrze.






– –
Trzeci tydzień czerwca był całkiem intensywny. Zacząłem od krótkiej pętli po szosie, ale następny był długi wypad po brakujące skwadraty w okolicy Rynarzewa i Szubina. Zebrałem ich tylko 24, ale kluczowych, dzięki czemu powiększyłem swój übersquadrat z 24×24 do 27×27! Trasa była bardzo różnorodna, od ruchliwej drogi wojewódzkiej między Szubinem a Kcynią, po piaszczyste podjazdy schowane w śródpolnych tunelach z krzewów.
Z ciekawostek znalezionych w czasie jazdy: droga krzyżowa zbudowana dookoła starej kapliczki w szczerym polu, nieczynna linia kolejowa w Szubinie oraz spory siedemnastowieczny kościół w części Szamocina, o której istnieniu nawet nie wiedziałem, mimo że przejeżdżałem przez tę miejscowość wielokrotnie.






Dwa dni później zaliczyłem kolejną jazdę 100+, tym razem był to wypad do Bydgoszczy z przeciągniętym powrotem przez okolice Koronowa. Przy okazji w końcu poszukałem skrótu przez las z Fordonu do Myślęcinka, żeby nie musieć jeździć przez miasto. Nie wiem, dlaczego dopiero teraz mnie olśniło, żeby sprawdzić, którędy jeżdżą miejscowi, ale lepiej późno, niż wcale. Na pewno będę korzystał z niego w przyszłości, bo jest naprawdę wygodny.






Następnego dnia znowu wyskoczyłem na krótką pętlę na szosie, a tydzień zamknąłem szutrowaniem po lasach.
– –
Kolejny tydzień to same krótsze jazdy: po raz kolejny szutrowa pętelka Wiele – Rościmin, dwa wypady po szosie i przejazd z Bydgoszczy.

Ta pierwsza szutrowa trasa była bezpośrednim powodem odwiedzin w Bydzi, bo w jej trakcie pękła mi szprycha w tylnym kole i odstawiłem rower do serwisu, gdzie przy okazji zleciłem przegląd Gryzelka, bo właśnie stuknęły mu dwa tysiące kilometrów i pora była podciągnąć to i owo. Wtedy też doceniłem, jak dobrze mieć dwa rowery treningowe, bo przed kupnem Canyona musiałem odpuszczać rowerowanie, gdy Ridley wymagał naprawy, a teraz po prostu sięgam po drugą maszynę i jeżdżę dalej.
Niestety przez pracę nie miałem czasu na dłuższy wypad, podobnie w ostatnim tygodniu, gdy zdążyłem przejechać się po razie każdym z dwóch rowerów, dzięki czemu przekroczyłem próg tysiąca kilometrów przejechanych w miesiącu.
– –
Razem wyszło ponad 1050 kilometrów w trakcie 22 jazd: 643 km na Gryzelku (9 jazd), 336 na Ridleyu (7 jazd) i 74 w czasie sześciu wyjazdów na zakupy na Treku. W sumie 2 dni i 3 godziny w ruchu.
W porównaniu z zeszłym rokiem wyszło o 80 kilometrów mniej, ale sumę po sześciu miesiącach (nieco ponad 3,5k) mam nadal wyższą, chociaż już tylko o 20 km.

To drugi miesiąc z rzędu, gdy przejechałem tysiąc kilometrów, ciekawe czy będę w stanie powtórzyć to w lipcu. Chociaż chyba raczej powinienem się zastanawiać nad tym, czy nie byłoby lepiej odpuścić, zamiast dokręcać do magicznych cyferek, żeby nie powtórzyła się sytuacja z zeszłego roku, gdy miałem cały wrzesień wyjęty z kręcenia przez odnowienie kontuzji kolan.
Na pewno chciałbym w lipcu wybrać się w końcu na chociaż 3-4 dniowy bikepacking i może jeszcze machnąć jakąś dłuższą trasę, taką w okolicach dwóch setek.
Wypadałoby też w końcu napisać recenzję Gryzelka, bo po ponad 2 tysiącach kilometrów chyba mogę już powiedzieć, co mi się w nim podoba, a co nie.

Dodaj komentarz