Czerwiec na rowerze

Obrazek wyróżniający dla wpisu podsumowującego rowerowy czerwiec 2026. Na zdjęcie mojego roweru szutrowego z założonymi torbami do bikepackingu opierającego się o ogrodzenie leśnego parkingu nałożyłem zielony pasek z białym napisem „Drugi tysiąc i pierwsza awaria”

Rowerowy czerwiec zacząłem od dwóch krótkich jazd po okolicy, najpierw 45 km na szutrowym Gryzelku po trasie Wiele – Rościmin, którą próbuję dopracować tak, by miała jak najmniej asfaltu i ułożyła się w pętlę z w większości polnych i leśnych dróg. W pierwszej wersji miała około 20% nieutwardzonych dróg, ale udało mi się podbić to do 40%. Dla równowagi następny raz wyskoczyłem na szosowym Ridleyu.

Uproszczona ikonka roweru zwróconego w prawo.

Drugi tydzień zacząłem od tego, do czego zabierałem się już od jakiegoś czasu, czyli testowego przejazdu z rowerem w pełni załadowanym tak, jakbym wybierał się na kilkudniowy bikepacking. Poza torbą w ramie i płetwą na górnej rurze, z którymi jeżdżę na co dzień, miałem też dwa worki na widelcu, torbę na kierownicy i dużą podsiodłówkę. Spakowałem do tego namiot, materac, śpiwór, ciuchy, kuchenkę, żarcie itp.

W lesie, oparty o pień brzozy, stoi mój jasnokremowy rower szutrowy Canyon Grizl, obładowany torbami. Na widelcu ma dwa worki, sporą torbę na kierownicy, torbę w trójkącie ramy, małą torbę na górnej rurze ramy i sporą podsiodłówkę, do której jest przyczepiona czerwona lampka tylna. Poza tym na rowerze są trzy białe bidony: dwa wewnątrz ramy i jeden pod nią.

Na tak obładowanym Gryzelku zrobiłem 103 kilometry w sporej części po leśnych szutrach i drogach gruntowych, czasem też piaszczystych. Po jeździe napisałem na fedi:

„Przez większość czasu nawet nie czułem, że jadę tak objuczonym rowerem, dopiero na podjazdach większa waga dawała o sobie znać.

Nie miałem też problemu z przeważaniem którejś strony, chociaż gdy dokręcałem mocniej stojąc na pedałach, miałem wrażenie, że w czasie przechylania roweru z jednej strony na drugą jest bardziej bezwładny. W tych chwilach też czułem lekkie bujanie dużej podsiodłówki Riverside, która poza tym była właściwie niezauważalna (nie licząc przekładania nogi nad nią przy wsiadaniu i zsiadaniu).

Torbę na kierownicy musiałem poprawić po kilkunastu kilometrach. Wyjąłem jeden z dwóch piankowych klocków dystansowych z mocowania do główki ramy, dzięki temu torba przesunęła się niżej i zrobiła więcej miejsca wiszącej pod komputerkiem lampce. Przy prawdziwym wyjeździe będę musiał pamiętać, żeby lepiej skompresować worek, żeby wypadła jeszcze niżej. Szkoda, że Geosmina dała tu ciała i rollbag nie ma wentyla ułatwiającego ściśnięcie.

Dzisiaj po raz pierwszy jechał ze mną również koszyk Zefal Adventure polecony przez @szarak, okazał się dobrym sposobem na przewożenie bidonu pod ramą. Duży izolowany Camelbak pasuje tam idealnie, ale muszę pomyśleć, czy nie rozejrzeć się za prostą metalową butelką o większej pojemności.”

Niestety na rzeczywisty wypad bikepackingowy będę musiał poczekać, aż się zgra praca, pogoda i syn zjedzie do domu, żeby zająć się kotem podczas mojej nieobecności.

Pozostałe dwie jazdy były kolejnymi wypady na krótkie pętle na szosie i szutrze.

Uproszczona ikonka roweru zwróconego w prawo.

Trzeci tydzień czerwca był całkiem intensywny. Zacząłem od krótkiej pętli po szosie, ale następny był długi wypad po brakujące skwadraty w okolicy Rynarzewa i Szubina. Zebrałem ich tylko 24, ale kluczowych, dzięki czemu powiększyłem swój übersquadrat z 24×24 do 27×27! Trasa była bardzo różnorodna, od ruchliwej drogi wojewódzkiej między Szubinem a Kcynią, po piaszczyste podjazdy schowane w śródpolnych tunelach z krzewów.

Z ciekawostek znalezionych w czasie jazdy: droga krzyżowa zbudowana dookoła starej kapliczki w szczerym polu, nieczynna linia kolejowa w Szubinie oraz spory siedemnastowieczny kościół w części Szamocina, o której istnieniu nawet nie wiedziałem, mimo że przejeżdżałem przez tę miejscowość wielokrotnie.

Dwa dni później zaliczyłem kolejną jazdę 100+, tym razem był to wypad do Bydgoszczy z przeciągniętym powrotem przez okolice Koronowa. Przy okazji w końcu poszukałem skrótu przez las z Fordonu do Myślęcinka, żeby nie musieć jeździć przez miasto. Nie wiem, dlaczego dopiero teraz mnie olśniło, żeby sprawdzić, którędy jeżdżą miejscowi, ale lepiej późno, niż wcale. Na pewno będę korzystał z niego w przyszłości, bo jest naprawdę wygodny.

Następnego dnia znowu wyskoczyłem na krótką pętlę na szosie, a tydzień zamknąłem szutrowaniem po lasach.

Uproszczona ikonka roweru zwróconego w prawo.

Kolejny tydzień to same krótsze jazdy: po raz kolejny szutrowa pętelka Wiele – Rościmin, dwa wypady po szosie i przejazd z Bydgoszczy.

Zbliżenie na fragment koła roweru stojącego na polnej drodze. Jedna ze szprych pękła i jest luźna.

Ta pierwsza szutrowa trasa była bezpośrednim powodem odwiedzin w Bydzi, bo w jej trakcie pękła mi szprycha w tylnym kole i odstawiłem rower do serwisu, gdzie przy okazji zleciłem przegląd Gryzelka, bo właśnie stuknęły mu dwa tysiące kilometrów i pora była podciągnąć to i owo. Wtedy też doceniłem, jak dobrze mieć dwa rowery treningowe, bo przed kupnem Canyona musiałem odpuszczać rowerowanie, gdy Ridley wymagał naprawy, a teraz po prostu sięgam po drugą maszynę i jeżdżę dalej.

Niestety przez pracę nie miałem czasu na dłuższy wypad, podobnie w ostatnim tygodniu, gdy zdążyłem przejechać się po razie każdym z dwóch rowerów, dzięki czemu przekroczyłem próg tysiąca kilometrów przejechanych w miesiącu.

Uproszczona ikonka roweru zwróconego w prawo.

Razem wyszło ponad 1050 kilometrów w trakcie 22 jazd: 643 km na Gryzelku (9 jazd), 336 na Ridleyu (7 jazd) i 74 w czasie sześciu wyjazdów na zakupy na Treku. W sumie 2 dni i 3 godziny w ruchu.

W porównaniu z zeszłym rokiem wyszło o 80 kilometrów mniej, ale sumę po sześciu miesiącach (nieco ponad 3,5k) mam nadal wyższą, chociaż już tylko o 20 km.

Infografika z serwisu Ride with GPS – karta kalendarza na czerwiec 2026 z zaznaczonymi aktywnościami. Poniżej statystyki: dystans 1057 km, przewyższenia 5749 m, czas w ruchu 2 dni 3 godziny 13 minut, 22 jazdy.

To drugi miesiąc z rzędu, gdy przejechałem tysiąc kilometrów, ciekawe czy będę w stanie powtórzyć to w lipcu. Chociaż chyba raczej powinienem się zastanawiać nad tym, czy nie byłoby lepiej odpuścić, zamiast dokręcać do magicznych cyferek, żeby nie powtórzyła się sytuacja z zeszłego roku, gdy miałem cały wrzesień wyjęty z kręcenia przez odnowienie kontuzji kolan.

Na pewno chciałbym w lipcu wybrać się w końcu na chociaż 3-4 dniowy bikepacking i może jeszcze machnąć jakąś dłuższą trasę, taką w okolicach dwóch setek.

Wypadałoby też w końcu napisać recenzję Gryzelka, bo po ponad 2 tysiącach kilometrów chyba mogę już powiedzieć, co mi się w nim podoba, a co nie.

Reakcje w fediświecie:
silva rerum
silva rerum
@silvarerum@horodecki.net

„silva rerum”, czyli „las rzeczy”.
Blog Łukasza Horodeckiego o różnościach, głównie o jeżdżeniu na rowerze, bezmięsnym gotowaniu i używaniu Linuksa.

118 posts
84 followers

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *