Po pierwszych trzech miesiącach 2026 z nieporywającym przebiegiem (łącznie 730 km), w kwietniu w końcu zrobiło się cieplej i pojeździłem więcej.
Zacząłem od niezbyt długiego (65 km) wyjazdu na zbieranie squadratów w okolicy Kcyni (więcej o zabawie w Squadrats napisałem w tej notce). Zdobyłem tylko pięć, ale za to istotnych, bo blokowały mi powiększenie ubersquadratu w przyszłości. Przy okazji trafiłem na zaznaczoną na mapie drogę, która została zaorana i stała się polem, więc żeby nikt inny nie musiał prowadzić roweru przez zboże, usunąłem ją z OpenStreetMap.



– –
Następny wypad wypadł w Wielkanoc, więc tak jak w poprzednich latach zdecydowałem się na wjechanie na Dębową Górę koło Osieka nad Notecią. Przy okazji przeprowadziłem pierwszą tegoroczną „transmisję” na fedi z rowerowania pod hasztagiem #LiveZRoweru.
Dla urozmaicenia postanowiłem wjechać na Dębową inną drogą niż zwykle, co skończyło się zabawą w przenoszenie roweru nad przewróconymi drzewami. Na szczęście reszta leśnych dróg była normalnie przejezdna.
Gdy wyjechałem z lasu w okolicy Krostkowa, silny wmordęwind pomógł mi podjąć decyzję o rezygnacji z dalszej jazdy na zachód jazdy do Chodzieży i skróceniu trasy w Białośliwiu. I tak uzbierało się ponad 97 kilometrów, bo wybrałem trochę dłużą drogę powrotną z odbiciem na leśne szutry za Gromadnem.






– –

Drugi tydzień to trzy krótsze jazdy, z czego dwie to powrót mojego starego Ridleya. Najpierw 26 km po okolicy, by sprawdzić, jak się na nim jeździ z krótszym mostkiem, przełożonym z nowego Canyona (wyraźnie lepiej), ale jeszcze z szutrowymi oponami Continental Terra Speed w rozmiarze 40C. Za drugim razem zmieniłem dodatkowo gumy na węższe i gładkie Continental Gatorskin 32C. Już nie pamiętałem, że takie bujnięcie się po samych asfaltach też potrafi dawać sporo frajdy.
Po tych zmianach Ridley stał się moją maszyną do krótkich, żwawych treningów po szosach, świetnego uzupełnienia bardziej zrelaksowanego kulania po szutrach na Grizlu.
– –
Czwartą jazdą w tym tygodniu był kolejny #LiveZRoweru – wypad do Koronowa, bo dowiedziałem się, że ze względu na konieczny remont osuwiska zostanie zamknięty tamtejszy dawny most kolejki wąskotorowej, obecnie główna (jedyna?) atrakcja trasy rowerowej Bydgoszcz – Koronowo. Postanowiłem przy okazji znaleźć alternatywę dla zamykanej przeprawy, którą okazał się dużo mniej okazały most na Brdzie między Samociążkiem a Gościeradzem.
Zaliczyłem też kilka squadratów, chociaż będę potrzebował jeszcze dużo jeżdżenia, zanim będę mógł włączyć tamte okolice do mojego ubersquadratu.
Pogoda była tak dobra tamtego dnia, że postanowiłem wrócić do domu dłuższą drogą, przez Bydgoszcz, gdzie skusiłem się na kolejną zmianę trasy. Miałem przejechać kawałek wzdłuż Kanału Bydgoskiego i przekroczyć go mostem, który okazał się nieczynny. Dzięki temu wybrałem się na wycieczkę drogą, której coraz bardziej terenowy charakter powodował, że cieszyłem się z zakupu gravela, a nie szosy.
Ostatecznie uzbierało się 114 kilometrów, pierwsza setka w tym roku.






– –
Trzeci tydzień to najpierw kolejny krótki szosowy trening na Ridleyu, a potem dwa wypady na Gryzelku po 30-40 kilometrów. Przy drugim zaliczyłem nową drogę w okolicy Orzelskiego Młyna, która wyprowadziła mnie wprost na pole, na którym dwa kozły sarny walczyły ze sobą, obserwowane przez trzy samice. Jakbym wjechał do filmu przyrodniczego.
Później zrobiło się mniej fajnie, bo złapałem pierwszego kapcia w nowym rowerze. Na oponach Continentalach w starej maszynie robiłem tysiące kilometrów bez problemów, a tu Schwalbe G-One Bite Performance poddały się tak szybko. Przynajmniej mogłem sprawdzić, jak spisują się dętki z zaworem Click oraz nowa pompka Lezyne Click Drive HV. O ile opona mnie zawiodła, to nowe wentyle spisały się świetnie.



– –
W następnym tygodniu wyskoczyłem na rower tylko raz, na kolejne skwadratowanie. Tym razem pojechałem na północ, w okolice Więcborka i zdobyłem 12 kwadratów.
Przy okazji odkryłem, że Więcbork dorobił się nowiutkiej DDR prowadzącej do miasta od strony Nakła, tak świeżej, że kręcąc się po niej, przeszkadzałem ekipie malującej oznaczenia na asfalcie. Niedługo muszę się ponownie wybrać w tamte strony, by sprawdzić, gdzie zaczyna się ta droga, tym razem nie miałem na to czasu i tak uzbierało się prawie 90 kilometrów.
Kawałek dalej znalazłem schowaną w lesie dużą wiatę „edukacyjno–turystyczną”, urokliwie położoną nad jeziorkiem, o której istnieniu nie miałem pojęcia, mimo że niedaleki leśny parking to moje stałe miejsce postojów.






– –
Końcówka kwietnia to jeszcze jeden #LiveZRoweru – długi (kolejna setka) wyjazd na zbieranie skwadratów w okolicy Szubina: 27 nowych kwadratów i ubersquadrat powiększony do 22×22.
Nie obyło się bez niespodzianek, najpierw na drodze stanęła mi brama ogródków działkowych w Żurczynie, a później trafiłem na kolejną znikającą drogę, co skończyło się przedzieraniem przez leśne krzewy i prowadzeniem roweru przez pole (a po powrocie do domu także następną edycją OpenStreetMap).
To nie był jedyny raz tego dnia, gdy szedłem obok Gryzelka, zamiast na nim jechać, bo niedługo później trafiłem na polną gruntówkę, która z powodu suszy zamieniła się w wydmy i koła po prostu grzęzły w piachu. Na szczęście trwało to tylko kilometr.






– –
Miesiąc zakończyłem na wizycie z rowerem w Gdańsku, gdzie na fittingu w VeloLab ostatecznie został pode mnie ustawiony, co ostatecznie zakończyło cały proces kupowania nowej maszyny. Po sesji przejechałem przez pełną turystów starówkę, skąd po cyknięciu Gryzelkowi fotki z Neptunem (żeby nie zazdrościł Ridleyowi) pojechałem w moje ulubione gdańskie miejsce – na Dolne Miasto, gdzie najpierw pokręciłem się po bastionach, a potem zjadłem obiad w Nie/Mięsnym, by zakończyć wizytę w Gdańsku odwiedzinami u rodziny.
Jak zawsze byłem pod wrażeniem gdańskiej infrastruktury rowerowej i chciałbym podobnej wszędzie. Dzień wcześniej byłem na zebraniu wiejskim na konsultacjach społecznych projektu przebudowy drogi powiatowej przechodzącej przez moją wieś, w ramach której mają powstać ciągi pieszo-rowerowe w miejscowościach i drogi dla rowerów poza nimi, więc może w ciągu najbliższych lat będziemy mieli namiastkę Trójmiasta.






– –
W sumie zarejestrowałem 11 wypadów dla frajdy, podczas których uzbierało się 645 kilometrów. Po podaniu wyjazdów na zakupy i kręcenia po Gdańsku wyszło 722,2 km, czyli niewiele mniej niż od stycznia do marca razem.

W porównaniu z zeszłorocznym kwietniem zrobiłem ponad 90 km mniej, ale i tak jestem bardzo zadowolony z wyniku. Oby tak dalej.

Dodaj komentarz