Z powodu niedawnych problemów z kolanami, nie było mowy o kolejnym podejściu do Festive 500, czyli wyzwania polegającego na przejechaniu 500 kilometrów między wigilią a Sylwestrem, które dało mi tyle satysfakcji rok temu. Najpierw żałowałem, ale gdy w prognozie pojawiły się temperatury w okolicach -10°C, byłem zadowolony, że mam wymówkę.
Odpuszczenie Świątecznej Pięćsetki nie oznacza, że nie jeździłem wcale. Wręcz przeciwnie, nakręciłem ponad dwieście kilometrów więcej niż w listopadzie.
– –
Pierwszy tydzień to dwie krótsze jazdy w okolicach 35 km każda i jedno dłuższe wykulanie. Ostatnio jeździłem prawie wyłącznie nad Notecią, więc tym razem wybrałem się w dawno nieodwiedzane okolice na północny wschód ode mnie. Pogoda była w miarę przyjemna, więc udało się nakręcić 75 kilometrów, w większości po szosie.




– –
Drugi tydzień grudnia to znowu dwa krótkie wyjazdy, 41 i 35 kilometrów. Na ten pierwszy zdecydowałem się za późno i po raz pierwszy Małą Pętlę Notecką przejechałem w całości po ciemku. Zupełnie inne doświadczenie i całkiem fajna sprawa.
Trzecia jazda była trochę dłuższa – najpierw wzdłuż Noteci z przejazdem przez bardzo błotnisty rezerwat „Borek”, a później przeskoczyłem na północną stronę DK10 i dokręciłem do sześćdziesięciu kilometrów po wsiach.



– –
Trzeci tydzień to tylko jeden wyjazd, ale za to bardzo fajny. Korzystając z tego, że w środku tygodnia nie było polowań, przejechałem się jedną z najfajniejszych tras dla graveli w mojej okolicy, czyli 30 kilometrów po szutrach od Gromadna do Turu + po dwie dychy dojazdu do i z lasu.




– –
Tuż przed nadejściem świąt i mrozu, wyskoczyłem na pięćdziesiąt kilometrów po okolicy w piękny, słoneczny dzień. Planowałem trzydzieści, ale było za ładnie, żeby tak wcześnie wracać do domu.



W drugie święto nie wytrzymałem i wybrałem się na kolejne kręcenie, ale musiałem odpuścić i skrócić jazdę do dwudziestu kilometrów, bo gęsta mgła zamarzała mi na okularach i ledwo widziałem drogę przed sobą.
– –
Na koniec grudnia wyskoczyłem na jeszcze jedną dłuższą jazdę. W planach miałem dojechanie szlakiem Pętli Noteckich do Krostkowa, odwiedzenie tamtejszego punktu widokowego i wjechanie do lasu dookoła Dębowej Góry „od tyłu”, czyli drogą, którą zazwyczaj z niego wyjeżdżam. Pogoda była idealna, słonecznie i z temperaturą tuż nad zerem i jechało się świetnie. Nawet błocko w „Borku” tym razem nie było takie upierdliwe. Pomyślałem więc o wjechaniu na samą Dębową Górę, co wydłużyłoby mi nieco trasę i więcej czasu spędziłbym w lesie, a nie na szosach.
Niestety, dość szybko po wjechaniu do lasu zaliczyłem potężną glebę. Okazało się, że w przeciwieństwie do całej reszty trasy, drogi w tym lesie pokryte są cienką warstwą lodu i wystarczyła jedna oblodzona koleina, żebym stracił przyczepność. Musiałem odpuścić wjazd na Dębową Górę i wyjechałem z lasu jak najkrótszą drogą, prowadząc rower w kilku bardziej śliskich miejscach.
Na szosie znowu były idealne warunki, więc mimo poobijania (bolała lewa noga i łokieć) i uszkodzenia klamkomanetki, dokręciłem do 72 kilometrów.




– –
W sumie w grudniu zarejestrowałem ponad 600 km, z czego niecałe 106 w czasie wyjazdów na zakupy, a prawie pięć setek dla frajdy. Na rowerze spędziłem 31 godzin i 43 minuty. Podjechałem łącznie na 3818 metrów, co jest najlepszym wynikiem od lipca.

Po tej glebie na oblodzonej leśnej drodze znowu włączył mi się tryb przesadnej ostrożności i w czasie ostatniej w roku jazdy na zakupy panikowałem na widok mokrej szosy, mimo że miałem na niej idealną przyczepność. Podejrzewam, że skończy się to mniejszą aktywnością rowerową w styczniu, skoro jednak w prognozach nie widać sensownej pogody, to jakoś bardzo nad tym nie rozpaczam.

Dodaj komentarz