Jak kupowałem nowy rower

Gdy we wrześniu dobijałem do tysiąca kilometrów nakręconych na moim Treku, myślałem już tylko o nowym rowerze. Czułem się ograniczony przez wagę starego i jego małe, 26-calowe koła. Moja rekordowa wtedy trasa, o długości 103 kilometrów wymagała ode mnie sporo pracy i zakładałem, że będzie mi łatwiej pojechać dalej na lepszym sprzęcie.

Nowy, ale taki sam

Nowy, ale jaki? Kolejny cross, czy raczej hybryda wydawała się dobrym wyborem. Lżejsza od mojego starego roweru, na aluminiowej ramie i dużych, 28-calowych kołach. Szybsza na szosie, ale ciągle pozwalająca spokojnie zjechać z asfaltu na leśne i polne drogi. Rozejrzałem się i wpadł mi w oko Trek 8.3 DS.

trek-83-ds-2015-hybrid-bike

Byłem prawie zdecydowany, że to właśnie mój nowy rower. Zmieniłem zdanie przez jedno spotkanie na drodze.

Szosa?

Wracałem akurat z Bydgoszczy. Pedałując zawzięcie dobijałem do Potulic, gdy dogonił mnie wyraźnie ode mnie starszy facet na szosówce. Jechał chwilę równo ze mną, pogadaliśmy trochę o rowerach, po czym powiedział „To ja jadę”, złapał za rogi i odjechał mi bez problemu. „Kurde, też tak chcę”.

Nigdy wcześniej nie myślałem o szosówce, ani nie miałem okazji na żadnej siedzieć, więc zacząłem szukać w sieci podstawowych informacji. Czytałem, co dają poszczególne chwyty na „baranku” i o co chodzi z tymi klamkomanetkami. Podjarałem się. Szybkie nabijanie kilometrów – to jest to. Tylko…. co w wypadku, gdy do dyspozycji mam w większości asfalt bardzo słabej jakości? A do tego co jakiś czas przejeżdżam większe lub mniejsze kawałki po polnych i leśnych drogach? Przestraszyłem się, że wąziutkie oponki nie poradzą sobie na trasach, którymi jeżdżę najczęściej.

Gravel bike!

Rozwiązaniem wydawał się rower przełajowy, czyli szosówka z szerszymi oponami z terenowym bieżnikiem. Nadal mam do dyspozycji baranka i bardziej aerodynamiczną pozycję niż na crossie, ale nie ograniczam się do asfaltu. Zgłębiałem temat dalej i trafiłem na coś, co wyglądało na stworzone dla mnie. Gravel bike. Baranek, rama zbliżona do szosówki, z miejscem na szersze opony z bieżnikiem na drogi słabej jakości i bardziej zrelaksowaną pozycją niż typowe rowery szosowe czy przełajowe. Czyli prawie pro wygląd z amatorską wygodą :)

Gdy zdecydowałem się na typ roweru, zacząłem szukać gravel bike’a (zwanego też endurance lub adventure bike) w ofertach różnych producentów. Trafiłem na Gianta Anyroad 2, którego model na 2015 można było trafić w zaczynających się właśnie wyprzedażach za ok. 3800 złotych. Wyglądał co prawda nieco dziwnie (zbyt „nowocześnie” IMHO), ale osprzęt miał w porządku i zachęcające opinie.

AnyRoad2White

Przy najbliższej okazji poszedłem do Velomanii, zapytać czy nie zalega im ten rower i czy nie chcieliby się go pozbyć. Usłyszałem: „A może zamiast tego taki Ridley Allroad”? Kojarzyłem firmę, bo trafiłem na nazwę, gdy przyglądałem się przełajówkom. Widziałem, że ich rowery kosztują masę kasy, więc nawet nie brałem ich pod uwagę.

Ridley!!!

Sprzedawca pokazał mi śliczny jasnoszary rower, z oldskulowo wyglądającym brązowym siodełkiem i taką samą owijką na kierownicy.

Proste, klasyczne linie aluminiowej ramy. Carbonowy widelec. Terenowe opony, przyzwoity osprzęt (Shimano Sora). Dopieszczony wygląd – błotniki w malowaniu ramy, linki w kolorze siodła. Ze względu na zbliżający się koniec sezonu byli gotowi sprzedać mi go za stówkę mniej, niż widziałem wcześniej upatrzonego Gianta.

Zbity z tropu nową propozycją wróciłem do domu szukać informacji o producencie i modelu. Okazało się, że Ridley jest potęgą w temacie szosówek i przełajówek, a na stronie znalazłem zdjęcie odświeżonego X-Bow Allroad w wersji na rok 2016. Zakochałem się momentalnie.

Te same brązowe akcenty w połączeniu z ciemnoniebieską ramą wyglądały jeszcze lepiej.

Przy następnej wizycie w Velomanii zapytałem o nowy model. Okazało się, że mieli jedną sztukę demo. Co prawda z za małą dla mnie ramą, ale przynajmniej mogłem obejrzeć Allroada 2016 na żywo. Robił jeszcze większe wrażenie, niż na zdjęciach.

Przy okazji przejechałem się na poprzednim modelu w moim rozmiarze. Pierwszy raz siedziałem na rowerze z barankiem i używałem szosowych klamkomanetek. Jechało się fajnie, a pochylona pozycja nie była wcale tak niewygodna, jak się tego obawiałem.

Zdecydowałem się, że biorę Allroada. Pytanie tylko, czy kupię tegoroczny model, czy dorzucę 400 złotych na przyszłoroczny. Stanęło ostatecznie na drugiej opcji. Chociaż przekonywałem się, że chodzi o odświeżony osprzęt, tak naprawdę wiedziałem, że płacę frycowe za uczucie jakim obdarzyłem ciemnoniebieskie malowanie ramy nowej wersji.

Rower był dostępny w sprzedaży od 5 października, a ósmego przyjechał z Belgii do Bydgoszczy. Następnego dnia byłem już w sklepie, gdzie chłopaki ustawili go pode mnie, zamontowali moje pedały SPD i koszyki na bidon (a nie tak łatwo znaleźć koszyki, które nie zepsują wyglądu tak ślicznego roweru) oraz wyjaśnili mi to i owo.

I ruszyłem. A o tym jak się jechało opowiem w następnym wpisie :)

Może Ci się również spodoba