Po koncercie

O piwie przed koncertem możecie przeczytać u CoSTy, więc pozwolę sobie dodać tylko że mam nadzieję, że okazja do wspólnego wypicia paru pszenicznych browarków powtórzy się w niezbyt odległej przyszłości.

No to teraz kilka zdań o samym koncercie.

Za krótko! Niecałe półtora godziny Roisin Murphy na żywo to zdecydowanie za mało. Poza tym – po prostu świetnie. Owszem, mógłbym rzucić małą uwagę pod adresem nieco niedopracowanego nagłośnienia, ale po co? Taka pierdółka nie przeszkodziła mi w cieszeniu się znakomitym występem.

Bawiłem się na tyle dobrze, że zaskoczyłem sam siebie – zazwyczaj jestem człowiekiem o taneczności na poziomie głazu narzutowego. Tym razem kolebałem się, gibałem, podskakiwałem i kołysałem w rytm muzyki. Po prostu nie dało się inaczej.

Hmmm… mała uwaga na boku – zadziwiająco dużo osób przez cały koncert stało sztywno jak kołki z rękami założonymi. Ze szczęścia ich sparaliżowało, czy nie wiedzieli na co się wybierają i nie potrafili się odnaleźć? Nie wiem, wiem za to, że wkurzały mnie panienki których jedyną aktywnością przez półtora godziny było poprawianie torebki na ramieniu, ale musiały to robić blisko sceny, blokują do niej dostęp bardziej zaangażowanym osobom. Wrrrr!

Żałuję srodze, że nie zabrałem aparatu i jedyne fotki jakich mogę użyć jako ilustracji pochodzą z komórki, która się wybitnie nie sprawdziła przy robieniu zdjęć dynamicznie oświetlonej, zadymionej i oddalonej o jakieś dwadzieścia metrów sceny :/

Roisin Murphy

Powyższe zdjęcie zrobiłem w czasie bisu, gdy Roisin wróciła na scenę przebrana w kosmiczną srebrzystą kieckę i coś co wyglądało na moherowy beret i zaśpiewała „Forever More”.

Jak się można było spodziewać akurat ten kawałek został najgoręcej przyjęty przez większość – nadal Roisin jest kojarzona głównie jako wokalistka Moloko. Ja sam, przyznaję, miałem nadzieję na”Indigo” czy „Purple Pleasure Seeker”, ale byłem nastawiony na utwory z jej solowego dorobku, więc doskonale bawiłem się tak przy kawałkach z poprzedniej płyty (jak „Sow Into You” czy mój osobisty faworyt „Ramalama”), jak i nowych rzeczach jak rewelacyjny kawałek „Overpowered”, który jest singlem zwiastującym nadchodzący drugi album Roisin.

Na zakończenie dla tych, którzy chcieli ale nie mogli się na koncert wybrać klip do „Overpowered”:

Może Ci się również spodoba

  • To prawda, że takie oglądające osoby, które stoją i tylko patrzą, co mogłyby równie dobrze robić kawałek dalej pozwalając bardziej aktywnym poskakać na przedzie są zmorą koncertów, wszelkich na jakich miałem okazję być a było ich kilkanaście. I co właściwie z nimi zrobić ?

  • Jak to co? Wyrwać chwasty, jeżeli się przyszło tylko posłuchać w spokoju, nie stoi się w pierwszym rzędzie tylko z tyłu, lub kupuje się bilet z miejscem siedzącym ;)

  • kinga

    a wie ktos moze jak sie nazywa jej gitarzysta?

  • Scr

    Rozwalasz, człowieku. Zmorą są osoby będące blisko sceny i wyginające się, jakby nie wiem jakiego dilera miały i były same. Tak, te osoby stojące blisko sceny i nie ruszające się, po prostu umarły ze szczęścia. Jeśli chcę potańczyć, to idę do klubu. A pod scenę idę wpatrzeć się w emocje wypisane na twarzy występującej/występującego. I nie mam zamiaru marnować ani chwili na zamknięcie oczu i porwanie się do tańca. Bo od tego są kluby, jak już wcześniej wspomniałam. Chcesz się wyginać, idź gdzieś na tyły, gdzie dużo miejsca, gdzie nie przeszkadzasz tym, którzy po prostu roskoszują się chwilą, w której mogą zobaczyć kogoś tak wielkiego jak Roisin. Chyba proste?

    I pomyśl też, że ona nie daje koncertów w każdym większym mieście. Że niektórzy przejechali setki kilometrów, żeby to zobaczyć. I mogli być zmęczeni. Ale mimo tego zmęczenia i chęci tańca, chcieli zobaczyć ją trochę bliżej.

    A jak chcesz posłuchac samej muzy – klub albo kup po prostu płytę, pfff.