Mój powrót na rower

Niespodziewanie odbiło mi na punkcie jeżdżenia rowerem. Serio.

IMG_20150913_060353303

Początek

Dwadzieścia lat temu dostałem od rodziców rower. Pięknego, ciemnoniebieskiego Treka 800 Sport, rocznik 1995. Wypasiona rama ze stali chromowo-molibdenowej, koła 26 cali. Przerzutki Shimano SIS, 3×6. Z przodu hamulec v-brake, z tyłu cantilever. Śmigał jak burza, mimo dość szerokich opon 1.95 i terenowego bieżnika. I nie piszczał przy hamowaniu jak romety :)

Jeździłem na nim sporo, głównie po najbliższej okolicy, później do dziewczyny, która obecnie jest moją Żoną. Razem robiliśmy rozmaite trasy, z rowerami też byliśmy pod namiotem w naszym ulubionym Czechyniu.

Gdy poszedłem na studia, a potem zamieszkałem w Bydgoszczy, rower wylądował w garażu, skąd wyciągałem go coraz rzadziej. W końcu robił nie więcej niż 50 kilometrów rocznie, służąc głównie do wypadów do Nakła na zakupy. Stał tam niekonserwowany, nie licząc barbarzyńskiego przesmarowania łańcucha towotem co rok-dwa.

Pierwsze objawy

Tradycyjnie pod koniec zimy zabieram się za zrzucanie kilogramów, które doszły od końca golfowego sezonu i przywracanie formy, by zacząć nowy sezon bez bólu. O ile w poprzednich latach robiłem to codziennymi ćwiczeniami, w tym roku nie chciało mi się za nie zabrać. Po kilku podejściach okazało się, że nie mam motywacji by zmusić się do hantli, skakanki, przysiadów czy nawet typowo golfowych skrętów, skłonów i wymachów. Czy to z kijem, czy bez. Nie i już.

Żeby jednak zrzucić parę kilo, bo jak zwykle zyskałem zimą całą dychę, postanowiłem jeździć rowerem. Najpierw zabrałem matce stacjonarny, a po przekręceniu na nim kilka razy po pół godziny, wystawiłem Treka z garażu.

Porażka. Nawet to, że było zimno i wiało jak cholera nie jest usprawiedliwieniem dla faktu, że po tygodniu-półtora treningów nadal zdychałem po przejechaniu niecałych dziesięciu kilometrów. Forma w okolicach zera. Gdy podjeżdżałem pod wiatr na średnią górkę, płakałem na widok tira jadącego z przeciwka. Taki byłem twardy.

Na szczęście sezon golfowy w tym roku zaczął się szybko. 26 lutego po raz pierwszy kosiłem greeny, uznałem więc, że mam dość ruchu i odstawiłem rower do garażu.

Infekcja

W marcu okazało się, że mimo zmuszania się do codziennej gry w golfa nie jestem w stanie wykrzesać z siebie dawnego entuzjazmu. Wiedziałem, że bez wykupienia członkostwa na jakimś pełnowymiarowym polu (a Modry Las podniósł ceny…) i bez regularnego grania tamże, bez zmiany przynajmniej części kijów, a być może i bez kilku lekcji, nie jestem w stanie wypracować jakiegoś istotnego postępu. By wyraźnie poprawić swoją grę musiałbym zainwestować sporo czasu i pieniędzy, a nie miałem ani jednego, ani drugiego.

Dalsze granie na obecnym poziomie przestało mnie interesować, nie sprawiało mi frajdy. Porzuciłem więc golfa i teraz łapię za kije tylko, gdy szkolę początkujących odwiedzających nasze pole.

I tak to wyglądało przez kilka miesięcy, do momentu gdy moja Żona postanowiła kupić sobie nowy rower, by móc zabierać Grześka na dłuższe jeżdżenie niż kręcenie kółek po naszym podwórzu.

Kupiła Gianta, model Escape 3 City W. Rzeczywiście zaczęli jeździć, a ja znowu wyciągnąłem Treka z garażu, żeby nie zostawać samemu w domu.

Przejechaliśmy się parę razy w tempie wybitnie rekreacyjnym, bo nasz syn raczej płynie statecznie przez krajobraz, niż się ściga. Było fajnie, ale krótko, więc dojeżdżałem dodatkowo parę kilometrów samemu. Zainstalowałem apkę, żeby śledzić dystanse czy tempo i nagle się wciągnąłem w to całe rowerowanie.

Kupiłem płatną wersję Runtastic Road Bike Pro, głównie dla głosowych komunikatów i zacząłem nabijać kilometry. W prawie nieużywanym przez dziesięć lat rowerze zaczęło szwankować to i owo. Zerwałem gwint w korbie, przerzutki domagały się regulacji, szczęki hamulców były do wymiany, razem z linkami i pancerzami. Popękane opony wyglądały jak twarz Keitha Richardsa, a nie jak coś czemu można zaufać w trasie.

Zgrzyty sprzętowe

Trzy kilometry od domu mam sklep i serwis rowerowy, czy raczej „serwis”, jak się później okazało. Salon 2 kółka na Olszewskiej w Nakle niestety raczej nie zatrudnia fachowców od dwóch kółek.

Przy wymianie korby na jakiegoś „chińczyka” nikt nie sprawdził czy dystans w nowej nie różni się od tego w starej i przestała działać przednia przerzutka.

Gdy szukałem nowego siodła, bo stare próbowało zamordować mój tyłek, sprzedawca nie powiedział słowa na temat jak się powinno dobierać siodełka i nie wyjaśnił, że szerokie i miękkie nie zawsze oznacza wygodne. I tak do Treka trafiła „kanapa” Kross Proud Man, przeznaczona do rowerów miejskich. (Wiem, po części moja wina, powinienem wiedzieć co kupuję.)

Zawiozłem im dwa koła do wymiany osi, w jednym zapomnieli o łożysku.

Ojciec zobaczywszy, że zaczynamy jeździć rowerami zawiózł swojego „makrokesza” na przegląd i regulację. Zapaćkali mu łańcuch i zębatki gęstym smarem oraz zniszczyli łożyska w sterach. Później jego rower trafił do serwisu w Centrumrowerowe.pl w Bydgoszczy i dopiero wtedy zaczął się nadawać do jazdy.

Po kilku przejściach z „2 kółkami” zacząłem czytać w sieci jak wygląda serwisowanie rowerów. Nabierając pojęcia o podstawach mogłem wytłumaczyć ojcu, że nie powinni mu usyfić wszystkiego smarem, bo tak nie wygląda prawidłowe smarowanie łańcucha. Powtórzył im to przy następnej wizycie i usłyszał: „My tak robimy”.

Pojechał z kołem, by wymienili mu przebitą dętkę – „Nie może sam pan sobie wymienić?”

Wskrzeszenie

Wiedziałem, że bez porządnego serwisu nie pojeżdżę dalej na Treku, a w „2 kółkach” nie ma o tym mowy. Musiałem zawieźć rower do Bydgoszczy. Padło na Velomanię.

Wybrałem ich serwis, gdy zobaczyłem jak traktują klientów, kiedy moja Żona szukała tam roweru dla siebie. W ciągu kwadransa dostała dwa rowery do wypróbowania, zaproponowano jej kilka innych, a właściciel dzwonił by się dowiedzieć, czy udałoby się dla niej ściągnąć model z poprzedniego sezonu, który bardziej jej się podobał. Widać było, że się starają i zależy im na zadowoleniu klienta.

Pojechałem więc tam z Trekiem i zamówiłem kompletne odświeżenie. Nowy wolnobieg (tym razem z 7 rzędami), nowe tylne koło, nowa korba, nowe przerzutki, klamkomanetki, linki, pancerze, tylny hamulec, klocki w przednim, nowy łańcuch, opony i dętki, regulacja, smarowanie.

Razem z częściami kosztowało mnie to jakieś 700 złotych, ale było warto. Rower jechał jak wtedy, gdy był nowy. Właściwie to lepiej, bo teraz miałem gładsze i węższe opony (Kenda Khan 1.75), więc nie stawiały takiego oporu jak bieżnik w starych.

Mogłem w końcu śmigać bez obaw, że rower rozsypie mi się w trasie.

Dokupiłem do niego trochę akcesoriów. Koszyki na bidony, uchwyt na telefon, błotniki, oświetlenie, torba pod siodło na zapasową dętkę, łyżki do opon i narzędzia. Sporo wydałem na nowe chwyty. Zainwestowałem w superwygodne Ergon GP2 i pożegnałem się z drętwiejącymi i bolącymi nadgarstkami.

Łącznie przywrócenie do życia starego Treka plus doposażenie go w bajery zamknęło się w okolicach półtora tysiąca złotych.

Zacząłem od tego:

DSCF2931

i doszedłem do tego:

DSCF3332

Z bliska różnica jest większa. Wolnobieg i tylna przerzutka przed:

DSCF2954

i po:

DSCF3355

Lewy chwyt, klamka i manetka przed:

DSCF2959

i po:

DSCF3347

Pierwszy tysiąc

Trasy zaczęły się robić coraz dłuższe. Pętelka o długości 25 kilometrów, która na początku była szczytem moich możliwości stała się za krótka nawet na lekki rozjazd. Teraz mam od tego większą pętlę.

Czytam dalej i oglądam filmy na YouTube o serwisowaniu rowerów, odżywianiu w czasie jazdy, planowaniu treningów itp. Jeżdżę interwały na podjeździe. Raz w tygodniu robię dłuższą trasę, na razie mój rekord to nieco ponad 100 kilometrów.

Kupiłem zatrzaskowe pedały i odpowiednie buty.

tretry-shimano-sh-xc31l-2015

Do tego oczywiście stertę ciuchów, głównie w Lidlu i Decathlonie: koszulki, spodenki, spodnie, kurtki. Niedługo zaczną zajmować tyle miejsca w szafie co golfowe polo :)

Zaliczyłem pierwszą poważną glebę, dzięki której dowiedziałem się jak śliskie są pasy na jezdni w czasie deszczu. Ta wiedza kosztowała mnie półtora tygodnia przerwy w jeżdżeniu. Za to mogę się pochwalić, że po walnięciu biodrem w asfalt i przeszorowaniu po ulicy ze 3-4 metrów, wstałem, sprawdziłem czy rower jest cały i przejechałem jeszcze 55 kilometrów by dokończyć trasę.

Zrzuciłem parę kilogramów. Ważę piątkę mniej niż w sierpniu, gdy zaczynałem jeździć. I trzy kilo mniej niż kiedykolwiek w ciągu ostatnich kilkunastu lat.

Gdy licznik w Runtasticu pokazał, że przejechałem ponad tysiąc kilometrów zawiozłem Treka do przeglądu, ale przede wszystkim, by przy okazji zamówić w Velomanii jego następcę. Ma przyjechać do mnie z Belgii już za tydzień, ale o tym w innym wpisie, bo ten jest już i tak kilkukrotnie za długi :D

Może Ci się również spodoba