Seriale, seriale

Staram się nie oglądać seriali – zbyt łatwo się wciągam i tracę potem dużo czasu na oglądanie. Nawet przeciętny serial jest w stanie mnie uzależnić, więc ograniczam kontakt z nimi jak tylko mogę. Udało mi się uniknąć większości popularnych seriali: nie widziałem ani odcinka „4400”, „Battlestar Galactica”, „Heroes”, „Sześć stóp pod ziemią”, „Sopranos” czy „Prison Break”, a mój kontakt z „Lost” ograniczył się do połowy epizodu. Kilka jednak oglądam i ich właśnie dotyczyć będzie ten wpis. Uwaga: Nisko przelatujące spojlery!

Gwiezdne Wrota

Co jakiś czas bywalcy pokoju linux@chat.chrome.pl starają się na coś mnie namówić, ale udawało mi się wywinąć. Nie zawsze jestem taki twardy, więc czasem dam się do czegoś przekonać. Tak było z dwiema „gwiezdnowrotowymi” produkcjami: „Stargate: SG-1” i spinoffem tegoż, „Stargate: Atlantis”, tym bardziej że najpierw Hoppke, a potem Rash wsparli mnie w moich ciężkich czasach SDI i umożliwili oglądanie przy pomocy protokołu DVDoPP, czyli DVD over Poczta Polska :)

Obu seriali raczej nie trzeba nikomu przedstawiać, ale na wszelki wypadek kilka słów wystukam. „SG-1” powstał na bazie filmu fabularnego „Stargate” z Christianem Slaterem Jamesem Spaderem i Kurtem Rusellem, który najlepszy IMHO nie był, ale wprowadził interesujący wszechświat z obcymi pasożytami w roli egipskich bogów.

„SG-1” bardzo sprawnie rozwinął ten pomysł i zyskał sporą, zasłużoną, popularność. Nic dziwnego, że utrzymał się na antenie przez 10 lat! Owszem, zdarzały się gorsze i lepsze sezony, ale z przyjemnością stwierdzam, że trzymał poziom i nie zawiodłem się na nim. Amanda Tapping grająca Samanthę Carter też pewnie się do tego przyczyniła ;)

sga.jpg

Po dobrych doświadczeniach z „SG-1” ochoczo rzuciłem się do oglądania spinoffa, czyli „Stargate: Atlantis”. Przeniesienie akcji w nowe miejsce, do galaktyki Pegaza, pojawienie się nowych wrogów i nowego zestawu gadżetów i sprzętu dobrze posłużyło światu „Gwiezdnych Wrót”. „SG:A” przewietrzyło i odświeżyło co trzeba podnosząc jeszcze przyjemność z śledzenia serii. Kolejnym bonus pojawił się razem z obecnym, czwartym już sezonem – odeszła suchawa dr Weir i jej miejsce zajęła… tak! Sam Carter! Na dodatek nowym głównym łapiduchem została całkiem mniam dr Keller, grana przez Jewel Staite (o niej jeszcze parę słów się w tym wpisie pojawi, przy okazji zupełnie innego serialu).

Jeżeli ktoś nie oglądał wcześniej ani „SG-1”, ani „SG:A” i właśnie postanowił nadrobić braki, to ma przed sobą masę frajdy – 10 sezonów pierwszego serialu, po 20 odcinków każdy. Odcinek to jakieś 40 minut. Po doliczeniu prawie czterech sezonów spinoffa mamy ponad tydzień oglądania bez przerwy! W sam raz zadanie na ferie (ktoś jeszcze ma, czy już „po ptakach”?).

Kroniki Sary Connor

Kolejnym serialem, na który dałem się namówić w linux@chat.chrome.pl jest „Terminator: The Sarah Connor Chronicles”. Tym razem siłą przekonywania popisał się harnir, który zmusił mnie do obejrzenia dwóch pierwszych odcinków. Oczywiście się wciągnąłem… :)

Serial przedstawia historię alternatywną dla trzeciej części filmowego cyklu „Terminator”. Sara, John i opiekująca się nimi terminatorka Cameron skaczą o parę lat do przodu do roku 2007 (dzięki czemu omijają śmierć Sary na raka) i jak zawsze próbują zapobiec powstaniu Skynetu i przeżyć starcia z kolejnymi blaszakami. Jeżeli ktoś nie jest ortodoksem uznającym jedynie pierwsze dwie części macierzystej trylogii (albo nawet tylko pierwszą) i ma frajdę z oglądania także T3, to powinien się dobrze bawić przy „Kronikach…”. O ile nie ma uczulenia na narrację z offu (ja mam, ale pogodziłem się z tym gadaniem w okolicach czwartego odcinka).

OK, przyznaję bez bicia, początek serii był przeciętny, i do kilku rzeczy można się było przyczepić (czy to mi się coś pozajączkowało, czy zgodnie z teoriami wyłożonymi w filmach sama głowa terminatora nie powinna się przenieść w czasie?) ale rekompensowali to nieźli aktorzy, przyzwoite efekty i ciekawe postaci (pan z FBI jest zdecydowanie moim faworytem). No i oczywiście terminatorowe uniwersum, za którym można już było zatęsknić (a na „czwórkę” się raczej nie zanosi, dopóki Arnie bedzie siedział w polityce).

scc.jpg

Po słabszym starcie (w pewnej chwili bałem się, że będzie z tego jakieś „Terminator Hills 90210” gdy wątek szkolny zaczął się rozrastać) wszystko najwyraźniej zmierza ku lepszemu, bo piąty i szósty odcinek były znacznie ciekawsze od poprzednich czterech. Nie chcę spojlerować za bardzo, więc napiszę tylko, że spora część akcji szóstego dzieje się po Dniu Sądu, przy okazji pojawienia się w piątym nowej postaci. No i metalowa panienka chyba zaczyna kręcić swoje lody na boku…

Mam nadzieję, że dalsze części będą przynajmniej tak dobre jak ostatnie, no i że FOX nie zawiesi nadawania w połowie sezonu, jak to się stało z serialem o którym już za chwilę.

Techniczny offtopic

W tym momencie pora na małe info dla niewtajemniczonych pt. „Jak oglądać nowe seriale nadawane w USA nie czekając kilku lat na polską premierę”. Od razu zaznaczę, że kwestia legalności czynności, które opiszę poniżej jest… powiedzmy że wątpliwa. Osobiście uważam, że o ile ściąganie filmów kinowych i muzyki jest bezdyskusyjnie kradzieżą, to w przypadku seriali owa bezdyskusyjność jest rozmyta, pewnie przez moje poczucie pokrzywdzenia geograficznego w tym temacie oraz przez fakt darmowego udostępniania seriali przez nadawców (wiem, wiem – reklamy w trakcie odcinków, ale…).

No dobra, to jak oglądać te seriale? Przede wszystkim trzeba pamiętać, że „Stargate: Atlantis” jest nadawany w USA w piątki, a „The Sarah Connor Chronicles” w poniedziałki. W „Ye Olde Torrente Shoppe”, jak mawiają w linux@chat.chrome.pl, dostępne są w okolicach 10 następnego dnia.

Wchodzimy na ulubiony szwedzki serwis z torrentami i przechodzimy do działu TV. Wybieramy interesujący nas serial (i sezon), po czym sprawdzamy czy jest już nowy odcinek. Szukamy oczywiście wersji z HD w nazwie. Nie ma co ściągać wypasionych gigabajtowych wydań – ~350 megabajtów to odpowiedni rozmiar dla czterdziestoparominutowego epizodu, pozwalający zachować niezłą jakość przy zadowalającym czasie ściągania. Warto trzymać się torrentów uploadowanych przez uznanego użytkownika (takich rozpoznaje się po zielonej ikonce jolly rogera przy nicku). W ostateczności można po prostu wybierać kierując się ilością seedów.

Teraz wystarczy trochę zaczekać, zazwyczaj niedużo – tuż po premierze odcinki popularnych seriali cieszą się sporym wzięciem, co zapewnia brak problemów ze źródłami czy transferem (gdy ostatnio ściągałem osiemnasty odcinek czwartego sezonu „SG:A” miał ponad 13,5k seedów!).

Pokrzywdzeni językowo nie muszą się spieszyć – dzień lub dwa (czasem dłużej) trzeba zaczekać na pojawienie się napisów na Hataku. Osobiście nie czekam, ściągam za to napisy po obejrzeniu, by po zebraniu połowy sezonu zarchiwizować go na DVD w formie pozwalającej na pokazanie osobie nie władającej angielskim. Dla pobierających napisy z wyżej wymienionego źródła mam mały bonus: aby nie śledzić całego kanału RSS przygotowałem sobie rurkę na Yahoo! Pipes, która wyłapuje z tegoż feedu jedynie pozycje z „stargate” lub „sarah” w nagłówku. Wygodne narzędzie, które łatwo zmodyfikować i dopasować do własnych potrzeb, gdy ktoś chciałby filtrować inne seriale.

„Serenity” vs. „Firefly”

Wśród seriali proponowanych mi w pokoju linux szczególnie często pojawiał się „Firefly”. Tytuł nie był mi obcy, kojarzyłem go, bo słyszałem często ochy i achy geeków rozpływających się nad nim, natrafiłem też na informację o próbach ratowania serialu przez fanów, gdy FOX zawiesił go w połowie pierwszego sezonu.

Jednak za każdym razem, gdy ktoś proponował mi „Firefly” przypominało mi się gdy jakiś czas wcześniej trafiłem gdzieś w tv na „Serenity” – film, o którym wiedziałem, że był kontynuacją, a raczej zamknięciem „Firefly”.

Pamiętałem o histerii fanów, więc zabrałem się za oglądanie filmu i się srodze zawiodłem. Film okazał się przeciętną produkcją S-F. Osadzoną w niczym nie wyróżniającym się świecie, z postaciami, których nie miałem okazji poznać i których motywów nie było mi dane zrozumieć.

„Serenity” bardzo brzydko traktuje tych, którzy nie znają serialu – nie ma żadnego wprowadzenia w świat, nie poznajemy historii bohaterów (poza River, ale i tak szczątkowo). Nie ma szans na zrozumienie dlaczego Mal tak chętnie wpakował się w pułapkę dla ratowania Inary czy kim dla załogi był Book. Może gdyby film zaczynał się od planszy z napisem «Oglądać tylko po „Firefly”!!!» to nie traktowałbym go tak brutalnie, ale tak nie było więc zraziłem się nie tylko do „Serenity” ale i samego serialu. Jak się okazało dużo później – niesłusznie.

firefly.jpg

Jak to się stało, że mimo mojego uprzedzenia sięgnąłem jednak do „Firefly”? Przez kobietę, oczywiście :) Gdy zacząłem oglądać „Kroniki Sary Connor” przede wszystkim zwróciłem uwagę na dwie występujące tam panie. O ile samą Sarę, czyli Lenę Headey od razu rozpoznałem jako królową Gorgo z „300”, to dłuższą chwilę mi zajęło skojarzenie terminatorki chroniącej Johna Connora. No dobrze, przyznaję się – nie skojarzyłem jej sam, a z pomocą IMDB. Po kliknięciu na nazwisko Summer Glau, bo tak się owa dziewczyna zowie, zauważyłem w jej filmografii „Firefly”. Ponieważ to był drugi taki przypadek w ciągu krótkiego czasu (niedawno sprawdzałem dorobek wspomnianej wyżej Jewel Staite z SGA) doszedłem do wniosku, że trzeba dać serialowi szansę.

Zabrałem się za oglądanie i wsiąkłem totalnie. Gdyby nie obowiązki, żona i dziecko to machnąłbym „Firefly” za jednym posiedzeniem. Zupełnie inna bajka! Ciekawa koncepcja połączenia s-f z westernem, które choć wydaje się karkołomne tu wyszło całkiem nieźle i bez zgrzytów. Interesujące uniwersum, intrygujący zestaw głównych bohaterów, dobrze zachowane proporcje między wątkiem głównym a odcinkami z samodzielnymi historiami, zarysowane tajemnice do wyjaśnienia (River, przeszłość Booka, goście z niebieskimi łapami itd.) i… koniec. Stacja zawiesza serial w połowie sezonu. Wcale się nie dziwię, że fani tak walczyli o kontynuację, szkoda że się nie udało.

Futurama

Znowu muszę się przyznać do zaległości, tym razem jeszcze bardziej wstydliwych. Przez długi czas słynną „Futuramę” znałem jedynie z kilku niekompletnych odcinków, tekstów w sieci czy opowieści znajomych. Wiem, wiem, shame on me.

Z okazji wyjścia kinówki pt. „Futurama: Bender’s Big Score” postanowiłem nadrobić braki i rzuciłem się do oglądania. Pięć sezonów (przy okazji: pierwszy raz spotkałem się z tak pokręconą ilością odcinków w poszczególnych sezonach) pochłonąłem błyskawicznie. Na szczęście trafiło w okolice świąt, więc mogłem poświęcić na „Futuramę” nieco więcej czasu niż w zwyczajne dni. A i tak moja Żona pewnie miała już dosyć tego, że ciągle siedziałem przy komputerze i oglądałem jakieś kreskówki :)

futurama.jpg

Pewnie byłem ostatnim, który nie widział „Futuramy”, więc nie ma większego sensu rozpisywanie się o serialu, bo wszyscy wszystko wiedzą. Napiszę tylko, że zakochałem się z miejsca i ubawiłem się doskonale. Z przyjemnością dodam, że pełnometrażowa wersja okazała się równie znakomita. Teraz czekam na obiecany powrót serialu.

Na koniec

Ufff… w końcu to napisałem. Obiecałem go 5. lutego, więc wystukanie tych 11k znaków z hakiem zajęło mi prawie trzy tygodnie. Oj, w kiepskim stanie jest moja blogowa forma. No cóż, zawsze mogę się wytłumaczyć, że to przez rozrośnięcie wpisu o „Firefly” do notki o różnych serialach. Huh! Właśnie wydrukowałem sobie ten wpis do korekty, jeszcze przed wstawieniem zdjęć – 3,5 strony… chyba przesadziłem :) Mam tylko nadzieję, że mimo długiego czasu w jakim powstawała po kawałku ta notka i jej długości, udało mi się jakoś ją składnie wystukać i bez większych błędów językowych :)

Na zakończenie dziękuję serdecznie wszystkim, którzy wierzyli, że skoro obiecałem, to coś jednak z siebie wyduszę, a zwłaszcza tym, którzy brutalnymi słowy mnie poganiali :) Biorę się do płodzenia następnego wpisu, postaram się by był chociaż trochę krótszy :)

Może Ci się również spodoba