Wprowadzenie
Ten tekst zacząłem pisać dość dawno temu, gdzieś w okolicach pierwszego tysiąca kilometrów zrobionego na nowym rowerze. Od tego czasu siadałem w wolnych chwilach i dopisywałem kolejny fragment lub zmieniałem już napisane, ale szło mi to bardzo powoli i istniała niezerowa szansa, że ostatecznie skończy się wrzuceniem tekstu:
Tu miała być recenzja gravela Canyon Grizl 7 AL, ale jazda na nim sprawia mi tyle frajdy, że gdy tylko mam chwilę wolną od pracy i domowych obowiązków, to wsiadam na rower, zamiast do komputera.
Na szczęście ogarnąłem się i w końcu napisałem ten przydługawy wpis, na który zapraszam. Jeżeli nie chcecie się przez niego przebijać, to na końcu jest też TL;DR z listą plusów i minusów maszyny.
– –
Spis treści
– –
Jak kupowałem
Dlaczego nowy rower?
Ponad 10 lat temu opisałem, jak kupiłem swojego pierwszego gravela, którym był X-Bow Allroad belgijskiej firmy Ridley. To były czasy początków szutrowego szaleństwa i Belgowie wskoczyli na rozpędzający się gravelowy wózek rebrandując jeden ze swoich rowerów przełajowych.
Mimo że wybrałem go głównie, bo zakochałem się w tym, jak wyglądał, a rozmiar dobrali mi sprzedawcy w sklepie, AFAIR wyłącznie na postawie wzrostu, okazał się najlepszym zakupem w moim życiu.

Dzięki niemu poznałem dużo lepiej swoją okolicę i odwiedziłem miejsca, których bym inaczej nie zobaczył. Myślę, że uratował mi życie ze dwa razy. Gdy go kupowałem, byłem zupełnie bez formy: spora nadwaga, mało ruchu, epizod kardiologiczny za mną i prosta droga do kolejnych problemów zdrowotnych. Dzięki rowerowi polubiłem regularną aktywność fizyczną, do której zostałem zniechęcony na lekcjach WF i złapałem najlepszą kondycję od lat. Kilka lat później rowerowaniem ratowałem swoje zdrowie psychiczne, gdy po śmierci Żony zamiast pójść na terapie, jechałem jak najdalej od pustego domu, wyryczeć się i wywrzeszczeć gdzieś w lesie.
Mimo zżycia się z Ridleyem wiedziałem, że prędzej czy później przyjdzie pora na zastąpienie go nową maszyną. Ostateczny impuls przyszedł rok temu, gdy uświadomiłem sobie, że nie zanosi się na powrót do formy sprzed dekady, gdy przejechałem 300 kilometrów jednego dnia i szykowałem się na 400, a potem i 500. Skoro nie ma szans, na to, żebym mógł w ciągu doby dojechać rowerem wszędzie tam, gdzie bym chciał i wrócić, to trzeba będzie pomyśleć o bikepackingu – pojechać kawałek, rozbić namiot i przenocować, a następnego dnia pojechać dalej.
Mój stary rower średnio do tego się nadawał, chociażby dlatego, że nie miał miejsca na torbę na kierownicy, ani punktów montażowych do bagażu. Nic dziwnego, to rama przełajówki, więc nie ma mowy nawet o założeniu tzw. płetwy, czyli torby na górną rurę ramy, bo tamtędy idą wszystkie linki, żeby nie przeszkadzały w czasie podbiegania z rowerem na ramieniu. Mógłbym częściowo to obejść, np. zakładając obejmy na widelec, by w ten sposób zamontować koszyki pod torby, ale uznałem, że lepiej będzie kupić coś nowego. Tym bardziej że miałem już dosyć starego napędu Sora 2×9 z cienkimi, niewygodnymi klamkomanetkami, a do tego nowa rama pozwoliłaby wsadzić opony szersze niż obecne 40 mm, które są maksem tego, co mogę zamontować w Ridleyu.
Postanowiłem, że tym razem nie zdam się na dobieranie rozmiaru „na oko” w sklepie i zafunduję sobie sesję bike sizingu, żeby mieć pewność, że kupuję rower najbardziej odpowiedni dla siebie. Zdecydowałem też, że wykorzystam zakup jako motywację do ogarnięcia się i zamiast wydawać od razu kasę, jaką już jakiś czas odkładałem na nowy sprzęt, bo zakładałem, że stary może się kiedyś rozkraczyć w sposób nienaprawialny (długi czas jeździłem ważąc sporo więcej, niż limit dla ramy podany przez producenta), uznałem, że będzie to najlepsza okazja, żeby zrzucić chociaż część nadwagi, której się dorobiłem po tym, gdy w 2017 wysiadły mi kolana i musiałem ograniczyć treningi.
Za odchudzanie się zabierałem się nie raz i nigdy nie udało mi się wytrzymać w postanowieniu, tym razem miałem motywację i zamiast delikatnie ograniczać posiłki poszedłem w ostrą reorganizację diety: zero słodyczy i słodkich napojów poza jazdami, zero białego pieczywa, mniejsze porcje i częstsze, za to lekkie posiłki z kolacją o 19, a nie 22-23, jak dotychczas. Nie było lekko, ale zadziałało i do dzisiaj zrzuciłem ponad 18 kilogramów.
Na bike sizing miałem wybrać się już w zeszłym roku jesienią, ale w sierpniu znowu wysiadły mi kolana i nawet nie wiedziałem, czy będę jeszcze mógł jeździć. Na szczęście po kolejnym wstrzyknięciu osocza zrobiło się lepiej, więc zacząłem szukać dla siebie roweru i umówiłem się na sesję w gdańskim VeloLabie.
– –
Kandydaci
Ułatwiłem sobie wybór dzięki odrzuceniu całej masy producentów już na starcie, bo postanowiłem, że nowy rower będzie z Europy. Poza tym chciałem aluminiową ramę, napęd Shimano GRX 2x, hydrauliczne hamulce, masę punktów montażowych (w tym na widelcu) i opony przynajmniej 45C z miejscem na potencjalny montaż 50C.

Po zdecydowaniu się na napęd 2×12 okroiłem listę do czterech rowerów. Dwóch polskich: Kross Esker 6.0 i Unibike Geos oraz dwóch niemieckich: Canyon Grizl 7 i Cube Nuroad Race. Unibike wskoczył na listę w ostatniej chwili, bo poprzedni model miał napęd 2×11 i dopiero tegoroczna wersja dostała jedną zębatkę więcej i punkty montażowe na widelcu.




Przed podjęciem decyzji postanowiłem obejrzeć na żywo wybrane maszyny (poza Canyonem, który jest sprzedawany tylko online, bezpośrednio przez producenta), żeby ewentualnie odrzucić te, których wygląd nie przypadnie mi do gustu.
W bydgoskim CCR przyjrzałem się Eskerowi, co prawda w zeszłorocznym malowaniu, ale poza kolorem napisów (białe zamiast złotych) tegoroczny model jest taki sam. Na widzianych wcześniej zdjęciach wygięta dolna rura ramy na łączeniu z główką wyglądała nieciekawie, ale okazało się, że w rzeczywistości nie jest tak źle.
W On-Sport w Myślęcinku wsiadłem na Nuroada, którego niestety mieli tam tylko w wersji FE, z dynamo, oświetleniem i błotnikami. Samo dynamo było dość kuszące, ale tylne oświetlenie było zintegrowane z błotnikiem, który z kolei wymagał obecności tylnego stelaża, a że przewody do tego są poprowadzone w ramie, nie było mowy o prostym demontażu tego i ponownym założeniu w razie potrzeby. Sporym minusem było też malowanie Nuroada – na ciemnozielonym, matowym lakierze zostawały paskudnie wyglądające ślady po palcach. Niestety na miejscu nie było wersji pomarańczowej, która podobała mi się bardziej.
Zajrzałem też do firmowego salonu Unibike, gdzie obejrzałem nowy model Geosa. Wcześniej nie zwracałem większej uwagi na ich rowery, mimo że widziałem ich sporo, ale teraz poczytałem i pooglądałem trochę recenzji. Nie spodziewałem się, że tak blisko mnie, w Bydgoszczy, robi się tak przyzwoite rowery. Geos 2026 na żywo wyglądał nieźle i przy okazji wizyty załatwiłem sobie PDF z jego geometrią, bo na stronie Unibike były tylko dane poprzedniego modelu.
Miałem na tej liście swoich faworytów, ale postanowiłem, że ostateczną decyzję podejmę na podstawie wyników bike sizingu.
– –
Bike sizing
Jak pisałem wyżej, wybrałem VeloLab w Gdańsku. Zadzwoniłem pod koniec lutego, a pierwszy wolny i mi pasujący termin był niecały miesiąc później. Zabrałem kolarskie ciuchy i buty i pojechałem.
Fitterka Agata Sobota zaczęła od wywiadu: moje doświadczenie z rowerowaniem, jak wygląda moje jeżdżenie obecnie i jakie plany dotyczące nowej maszyny, przebyte kontuzje, problemy zdrowotne, czy i co boli mnie w czasie jazdy itp., a potem przyszła pora na sprawdzenie mojej sprawności i zakresu ruchowego: skłony, przysiady, zgięcia, praca nóg z naciskiem na stawy kolanowe i biodra. O dziwo, wypadłem nieźle.
Badanie fizjoterapeutyczne wykazało:
- dobrą elastyczność oraz poprawne zakresy ruchomości,
- test przysiadu i skłonu informuje o bardzo dobrym zakresie zgięcia bioder,
- proporcjonalny zakres zgięcia kręgosłupa w skłonie
Po tym wstępie Agata przyczepiła do mnie czujniki pozwalające na monitorowanie pozycji i zaprosiła na maszynę, która pozwala na swobodne ustawienie odległości między siodełkiem i kierownicą oraz wysokości tychże, a także zmianę szerokości kierownicy i długości korby.

Stopniowo dopasowywała wszystko tak, by było mi wygodnie, a kąty pleców, ramion i kolan były optymalne. Znalezienie idealnej pozycji trochę trwało i musiałem nieco popedałować zarówno z rękami na klamkomanetkach, jak i w dolnym chwycie na rogach.
Tak ustawioną maszynę fitterka wprowadziła do komputera i siedliśmy do porównywania tych wyników z geometriami interesujących mnie rowerów. W trakcie tego odpuściłem sobie Cube i zamiast tego przyjrzeliśmy się modelowi Terra hiszpańskiej firmy Orbea.
Z notatek, które otrzymałem od Agaty razem z raportem:
– Kross Esker 6.0. rozm. XL, mostek 80 mm, 20 mm podkładek, kierownica 44 cm reach ~70-75 mm
– Unibike Geos, rozm. 55, mostek 90/100 mm, podkładek 35 mm, kierownica 44 cm reach ~70-75 mm, dla dłuższej kiery mostek 90 mm, dla krótszej kiery 100 mm
– Canyon Grizl rozm. L, mostek 80 mm -6 st, podkładek 27,5 mm (wszystkie)
– Orbea Terra H30 rozm. XL, mostek 80 mm -5 st, podkładek 20 mm, kierownica 44 cm
Siedząc w pociągu z Gdańska, podjąłem decyzję: kupuję Canyona i wymieniam w nim mostek na krótszy. I tak po cichu myślałem o kupnie amortyzowanego mostka firmy Redshift, więc przynajmniej miałem do tego dobry pretekst.
Po powrocie do domu zamówiłem na stronie Canyona rower z dwiema torbami oraz koszykami na widelec. Poza tym kupiłem też mostek, komputer GPS Coros Dura oraz pedały SQlab o dłuższej osi. Byłem podjarany chyba nawet bardziej niż kiedykolwiek za dzieciaka na Gwiazdkę.
– –
Przyjechał!
Dwa dni później w domu zjawiły się komputerek i mostek, a po niecałym tygodniu po nich miałem też pedały i rower. Gryzelek przyjechał w sporym kartonie, który po otwarciu powiedział „Enjoy the ride!”.

Odrobinę się obawiałem samodzielnego składania, ale Canyon ma niezłe filmy instruktażowe pokazujące cały proces krok po kroku, a do roweru była dołączona też dokładna papierowa instrukcja. Poza nią w pudełku była też pasta do smarowania sztycy i kierownicy na łączeniu z ramą/mostkiem oraz prosty klucz dynamometryczny z sześcioma końcówkami.


Gdy rzuciłem się do składania maszyny, pochłonęło mnie to tak bardzo, że zapomniałem o blogerskich obowiązkach i nie zrobiłem żadnego zdjęcia w trakcie. Musicie uwierzyć mi na słowo, że rower był dobrze zapakowany w foliowe i kartonowe zabezpieczenia, dzięki czemu przyjechał z Niemiec w idealnym stanie. Wyjęcie go z tego wszystkiego było jednak dość proste, a ja musiałem tylko założyć koła, posmarować i wsunąć sztycę, a gdybym nie zmieniał mostka, to zostałoby mi przykręcenie kierownicy i już mógłbym jechać. Zamiast tego musiałem odkręcić stary mostek, skonfigurować nowy montując w nim odpowiednie do mojej wagi elastomery i założyć go oraz przykręcić kierownicę.
Po złożeniu i ustawieniu wysokości siodełka na podstawie wyników bike sizingu Gryzelek wyglądał tak:

Niestety przez pracę na pierwszą jazdę na nowej maszynie mogłem wybrać się dopiero następnego dnia.

Miałem czas tylko na niedużą pętlę w niedużej części poza asfaltem, ale jechało się świetnie, chociaż miałem wrażenie, że rower jest za duży, potęgowane przez tkwiącą ciągle w tyle głowy myśl, że konfigurator Canyona wskazywał mi mniejszy rozmiar.
Postawienie obok siebie Gryzelka i Ridleya pokazało mi jasno, że są bardzo podobnej wielkości i w końcu doszedłem do wniosku, że wrażenie większego rozmiaru bierze się najwyżej z tego, że siedzę w bardziej wyprostowane pozycji, więc mam wyżej głowę. Wielkie w porównaniu do poprzedników chwyty klamkomanetek też mogły podkręcać to uczucie.
– –
Niedługo później mogłem wybrać się na dwie dłuższe (95 i 65 km) jazdy, by pozbierać trochę kwadratów. Uznałem, że nigdzie nie przetestuję nowego roweru tak dobrze, jak na polnych i leśnych drogach szutrowych i gruntowych, często pełnych piasku, zwłaszcza jeżeli dołożyć do tego trochę bruku i popękanych betonowych płyt. Rower szedł jak burza po wszystkim, jechało się bosko, a ja dławiłem się ze szczęścia :)
Chwilę potem pojechałem na moją tradycyjną trasę wielkanocną: wizytę na Dębowej Górze między Osiekiem a Wyrzyskiem. Tym razem postanowiłem wjechać na górę drogą od strony Bąkowa, którą znalazłem na mapie. Droga okazała się być nieużywana od dawna, zasypana suchymi liśćmi i gałęziami, a w niektórych miejscach musiałem przenosić rower nad przewróconymi drzewami. Na szczęście po reszcie dało się jechać, a Gryzelek znowu spisał się świetnie.

Pojeździłem tak przez miesiąc, a w międzyczasie wymieniłem mostek w Ridleyu na krótszy, przełożony z Canyona po dołożeniu adaptera z 1 1/8 cala na 1 1/4, bo nowy rower ma grubszą rurę sterową. W połączeniu ze zmianą wysokości siodła w starym rowerze na podstawie wyników bike sizingu dało mi to wyraźnie bardziej wygodną pozycję także na nim. Założyłem mu gładkie, szosowe opony i od tego czasu służy mi do krótkich, ale bardziej intensywnych treningów na asfalcie.
– –
Bike fitting
Pod koniec kwietnia przyszła pora na kolejną wizytę w gdańskim Velolabie. Zastanawiałem się, czy nie odpuścić bike fittingu, skoro rower mam już mniej więcej ustawiony, ale postanowiłem przy zakupie nowej maszyny pójść na całość.

W czasie sesji Agata poprawiła mi pozycję siodełka (minimalnie w dół i trochę do przodu) i ustawiła optymalnie bloki w butach, bo nawet na pedałach z dłuższą osią haczyłem piętami o szeroko rozstawione dolne rurki tylnego trójkąta ramy.

Miałem też okazję przetestować masę siodeł różnych producentów. Najwygodniejsze było i najlepiej w badaniu nacisku za pomocą maty sensorycznej wypadło Fizik Vento Argo X3, ale żeby na nim móc mieć optymalną odległość od kierownicy, musiałbym zmienić sztycę na taką z mniejszym offsetem.

Ostatecznie padło na Ergon SR Allroad, które wymontowałem z Ridleya. Całkiem nieźle wyglądało pod względem rozłożenia nacisku, a poza tym byłem już do niego przyzwyczajony. Ridley nie dostał w zamian siodła z Gryzelka, bo jest po prostu fatalne, zamiast tego wyciągnąłem poprzednio siodełko, czyli Forza Cirrus.
Testowałem też różne wkładki do butów, dające lepsze podparcie stopie, bo liczyłem na to, że pozwolą mi na usztywnienie moich wyprawowych Shimano EX7, których stosunkowo miękka podeszwa czasem powoduje dyskomfort w czasie mocniejszego jeżdżenia, ale ostatecznie nie zdecydowałem się na żadne z nich.
– –
Po ostatecznym ustawieniu Gryzelka wybrałem się na długą jazdę nad Zalewem Koronowskim. 144 kilometry z dojazdem i powrotem po szosach i kręceniem po leśnych szutrach i piachach. Było zarąbiście. Wróciłem wymęczony, ale przeszczęśliwy i zadowolony z zakupu.

Tyle części gawędziarskiej, ponad dwa tysiące słów wstępu powinny wystarczyć. Teraz opowiem pokrótce, co mi się w nowym rowerze podoba, a co nie.
– –
Gryzelek po kawałku
Rama i kierownica
Wcześniej nie byłem fanem bardziej kanciastych ram. Wolałem tradycyjne okrągłe rury i dwa proste trójkąty. Tym razem jednak spłaszczona górna rura i tylny trójkąt kończący się niżej niż przedni i łączący się z nim nieco dziwnym, ale płynnym przejściem zupełnie mi nie przeszkadzają. Najwyraźniej zmienił mi się rowerowy gust.
Kolor, określany przez Canyona jako affogato (czyli lody zalane espresso), co prawda wygląda świetnie, ale tak, jak się obawiałem, jest mało praktyczny i widać na nim każdą draskę i kurz wtarty w lakier przez paski toreb. Na szczęście najbardziej wrażliwe miejsca okleiłem taśmą ochronną.

Zaletą ramy i jednym z powodów, dla których ja wybrałem, jest masa otworów do mocowania dupereli. W tej chwili poza torbą-płetwą na górnej rurze, dwoma koszykami na bidony wewnątrz ramy i trzeciego pod nią (akurat na litrową butelkę na wodę), mam też założone koszyki na przednim widelcu, w których w razie potrzeby jeżdżą worki. Poza tym mógłbym zamontować jeszcze bagażnik z tyłu, do czego się powoli przymierzam, żeby mieć możliwość łatwiejszego spakowania na dłuższy bikepacking.
– –
Kierownica ma flarę, czyli rozchylenie końców rogów na boki o 16°. Dzięki temu jest znacznie wygodniejsza w dolnym chwycie. Na starej czułem się ściśnięty, co w połączeniu z większym pochyleniem powodowało, że po tę pozycję sięgałem w ostateczności, teraz jest zdecydowanie dużo wygodniej.

Szerszy chwyt daje mi nie tylko wygodę, ale i większe poczucie kontroli i po pojeżdżeniu trochę na tej kierownicy myślę, że chciałbym kiedyś spróbować takiej z jeszcze większą flarą, za to płytszej. Coś w rodzaju stworzonej pod bikepacking kiery PRO Discover 30, która ma flarę 30° i drop 90 mm (w obecnej to ponad 3 cm więcej).
– –
To większe poczucie kontroli, o którym wspomniałem, nie wiąże się wyłącznie z kierownicą. Cały rower jest bardziej stabilny, lepiej trzyma linię i lepiej się prowadzi niż jego poprzednik. Kiedyś myślałem, że to jak się jedzie na Ridleyu, jest normalne, teraz wiem, że tak nie jest. Najprawdopodobniej przez przełajowe korzenie stary rower jest bardziej twitchy (wybaczcie mi sięgnięcie po angielski termin, ale pasuje tu najbardziej).
– –
Przy okazji kierownicy muszę wspomnieć o największym rozczarowaniu związanym z Gryzelkiem. Canyonowe owijki, sprawiające wcześniej dobre wrażenie, zaczęły się rozsuwać i pojawiły się szpary, miejscami nawet kilkumilimetrowe – ktoś najwyraźniej spierniczył robotę. Wstyd, że w rowerze za tyle kasy można tak zepsuć absolutnie podstawową kwestię. Musiałem odwinąć obie owijki aż do klamkomanetek i zawinąć ponownie.


Tu i ówdzie pojawiły się już wyraźne ślady używania, więc pewnie niedługo będę musiał owijki wymienić, najlepiej na Ergon BT Gravel, takie jak mam w Ridleyu, bo trzyma się je świetnie i zupełnie nie widać na nich nakręconych tysięcy kilometrów.
– –
Osprzęt
Jak wspominałem na początku, chciałem zostać przy napędzie 2x, ale zamienić starą Sorę 2×9 na GRX 2×12. Miałem szczęście, bo niedługo po tym, jak kupiłem Gryzelka, Canyon pokazał jego odświeżona wersję i jedną z głównych zmian było przejście na napęd 1x.
Dwunastorzędowy GRX RD-RX820 pracuje jak marzenie, a nawet lepiej. Biegi wskakują błyskawicznie, dużo lepiej niż w starym rowerze, gdzie nawet świeżo po zakupie nie było to tak natychmiastowe. Owszem, po przejechaniu pierwszego tysiąca kilometrów pojawiły się lekkie opóźnienia, ale wystarczyło podciągnąć rozciągnięte linki i znowu wszystko śmiga.
Przejście z dziewięciu tarcz z tyłu na dwanaście zlikwidowało duże przeskoki między przełożeniami, dzięki czemu nie mam już sytuacji, w których jedno jest za słabe, a sąsiednie za mocne.


Pierwszy raz mam tylną przerzutkę ze sprzęgłem. To świetne rozwiązanie, dzięki któremu nie zdarza się uderzanie łańcucha o ramę w czasie jazdy po kocich łbach czy korzeniach.
Jeżeli musiałbym się do czegoś przyczepić, to nie jestem fanem ażurowej konstrukcji kółek przerzutki. Sora ma pełne i zbierają dużo mniej syfu niż te w GRX.
– –
Ciekaw jestem trwałości łańcucha, bo w porównaniu z tymi, których używałem z dziewięciorzędowym napędem w Ridleyu, wygląda bardzo delikatnie. Na razie trudno coś powiedzieć mimo czterech tysięcy kilometrów nakręconych na nowym rowerze, bo postanowiłem przy okazji spróbować chwytu, który ma przedłużać żywotność kasety, czyli jazdy na trzy łańcuchy, które wymieniam co 1k km. Na łańcuchu #1 zrobiłem dopiero 2k i przymiar nadal nie pokazuje rozciągnięcia.
– –
Chwyty klamkomanetek są świetne: wygodne, szerokie, dobrze leżą w dłoniach. To najbardziej bolesna różnica, gdy wskakuję na Ridleya na krótki trening po szosach, bo chwyty Sory są dużo węższe i bardziej obijają dłonie, nawet przy jeździe na dużo lepszej nawierzchni.
Dodatkowo przy montowaniu roweru nowe chwyty ustawiłem je sobie tak, by były odrobinę podniesione, dzięki czemu nie napieram tak na nie przy pochyleniu i mniej obciążam część dłoni między kciukiem a palcem wskazującym. Po pojeżdżeniu tak przez chwilę zrobiłem to samo w starym rowerze.
– –
Hydrauliczne hamulce GRX BL-RX610 były jednym z większych zaskoczeń. W Ridleyu też mam tarczowe, ale mechaniczne. Są przyzwoitej jakości i nigdy specjalnie nie miałem powodu do narzekania na ich siłę zatrzymywania. Dopiero gdy pojeździłem na Gryzelku i wróciłem na chwilę do starego roweru, uświadomiłem sobie, o ile są gorsze, bo nowe hamulce GRX wymagają znacznie mniejszej siły i zatrzymują rower momentalnie, zamiast go spowalniać. Z jednym palcem na klamce hydraulików mam większą siłę hamowania niż z całą dłonią na poprzednich.

Klocki w nowych mają radiatory dla lepszego odprowadzania ciepła. Przy moim jeżdżeniu raczej nie będą potrzebne, ale wyglądają fajnie.
– –
Koła i opony
Po tym, jak w Ridleyu zajechałem stockowe koła, założyłem mu szosowe DT Swiss R500. Całkiem solidnie sprawdzały się też na szutrach, pewnie dzięki dużej ilości szprych (po 28) i tylko parę razy zdarzyło się, że w czasie jazdy któraś się poluzowała.
Gryzelek ma koła tej samej firmy, tym razem jest to model Gravel LN, robiony przez DT Swiss dla producentów rowerów. Pewnie są trochę tańsze i gorsze od zwykłych gravelowych kół DT Swiss, ale jeździ się na nich dobrze i na razie trzymają centrę. Za to gdzieś w okolicy pierwszego nakręconego tysiąca w czasie jazdy usłyszałem brzdęknięcie. Okazało się, że pękła szprycha w tylnym kole.

Podwiązałem ją do sąsiedniej i dojechałem do domu bez problemów. Od czasu wymiany tej szprychy przejechałem kolejne trzy tysiące kilometrów i pęknięcie się nie powtórzyło, więc zakładam, że miałem pecha i trafiłem na trefny egzemplarz.
– –
Po raz pierwszy mam thru-axle, czyli sztywne osie w rowerze. Wcześniej myślałem, że są przehajpowane, bo przecież mocowanie koła to prosta sprawa, a quick release robiły robotę przez lata. Gdy w końcu spróbowałem, szybko zmieniłem zdanie, bo naprawdę są dużo bardziej wygodne, tym bardziej że montowane przez Canyona mają wbudowane uchwyty i nie wymagają sięgania po inbus. Największą zaletą jest to, że koła ze sztywną osią nie da się ułożyć w niewłaściwym miejscu i pod kątem w stosunku do ramy. Fakt, że w tym systemie nie ma nakrętek i sprężynek, które lubią się gubić w czasie ściągania koła na poboczu, też jest sporą zaletą.
– –
Za to opon jestem dużo mniej zadowolony. Gdy w specyfikacji modelu przeczytałem, że Gryzelek przychodzi z oponami Schwalbe G-One Bite, ucieszyłem się, bo słyszałem o nich sporo dobrego. Nie spodziewałem się jednak, że najprostszy model (Performance) oferowany razem z rowerami jest dużo gorszy niż te, o których czytałem.
Zacznijmy od tego, że w już czasie jednej z pierwszych jazd złapałem gumę, a drugą zaliczyłem parę miesięcy później. W obu przypadkach musiał być to cienki, ostry kolec, sądząc po dziurach w dętkach. Dla porównania – w dwóch kompletach Continental Terra Speed nie przydarzyło mi się to ani razu, mimo jeżdżenia po podobnych drogach.

Poza niską odpornością na przebicia opony mają też problem z przyczepnością na niektórych nawierzchniach. W większości przypadków jeździ się na nich naprawdę wygodnie, za co odpowiada pewnie głównie ich szerokość, o pół centymetra większa niż w Ridleyu. Zachowują się dobrze na różnej jakości szutrach, ubitych drogach gruntowych, bruku, asfalcie itd. Na piaskach wypadają podobnie do Conti, a może nawet trochę lepiej – w głębokim trochę tańczą, ale przez płytki idą w miarę gładko.
Byłem z nich zadowolony, aż przyszedł jeden z dni po deszczu, które zazwyczaj wykorzystuję do pojeżdżenia po trasach, na których piasek jest zbyt głęboki na przejechanie na sucho, ale da się to zrobić po mokrym. Przy pierwszym wjechaniu w taki piach poczułem, jakby ktoś szarpnął mnie za siodełko do tyłu. Opony momentalnie oblepiają się piaskiem, robią się gładkie i tracą przyczepność. Na dodatek ich oczyszczenie się po wyjechaniu na inną nawierzchnię nie jest natychmiastowe i trochę trwa. Powiedziałbym, że w takich sytuacjach chwilami zachowują się nawet gorzej niż w głębokim, sypkim piasku.

Nie mogę się doczekać, aż je wreszcie zajadę i będę mógł wymienić na inne. Trochę chyba jeszcze poczekam, bo jeszcze trochę „mięsa” na nich zostało. Gdy po czterech tysiącach zamieniałem je miejscami, żeby zużywały się równiej, przednia była jeszcze całkiem świeża.


Na pewno chcę spróbować jeszcze szerszych gum, bo Gryzelek mieści nawet pięćdziesiątki. Zacząłem się już rozglądać za następcami i na razie najciekawiej wyglądają Pirelli Cinturatto Gravel M i Continental Terra Adventure (Terra Speed i Trail kończą się na 45C).
– –
Siodło i sztyca
Siodło to drugi słaby punkt Gryzelka. Selle Itallia Model X nie tylko bardzo nie zgrało się z moim zadkiem, ale też pokryte jest gumą, która klei się do spodenek. Zazwyczaj powierzchnia siodełka jest zrobiona tak, że nie ślizgamy się w czasie jazdy, ale nie przeszkadza w pracy ciała przy pedałowaniu czy przesuwaniu się w celu znalezienia odpowiedniej pozycji. Tu siodło jest pokryte materiałem, który być może sprawdziłby się jako wykończenie chwytów na kierownicy, ale nie jako nawierzchnia siodełka.

Poskarżyłem się na nie fitterce, gdy po raz drugi pojechałem do VeloLab. Agata powiedziała, że nie jestem jedynym, który narzeka na te siodełka i że niektóre osoby nawet mówiły, że przetarły sobie na nich materiał spodenek.
Jak już wspomniałem, ostatecznie wymieniłem je na siodło Ergona, które kupiłem rok wcześniej i na razie przy nim zostaję.
– –
Za to sztyca może być jasnym punktem w specyfikacji, chociaż przez chwilę podchodziłem do niej sceptycznie. Czytałem wcześniej, że karbonowe sztyce lepiej tłumią wstrząsy od aluminiowych, ale po jeżdżeniu przez jakiś czas doszedłem do wniosku, że nie czuję większej różnicy, bo niedogodności zadkowe zaczynam odczuwać po podobnym dystansie i w podobny sposób. Uznałem więc rzekomą magię włókna węglowego za ściemę i przestałem zwracać na nią uwagę.
Dopiero w okolicach drugiego tysiąca przekulanego na Gryzelku uświadomiłem sobie, że owszem – tyłek dostaje podobnie, ale od czasu zmiany roweru odpuściłem większość chwytów przedłużających czas na siodle, takich jak pedałowanie co jakiś czas na stojąco, wstawanie przy przejeżdżaniu po dziurach i regularne postoje. Mimo większego obijania tyłek wytrzymuje tyle samo, więc coś musi działać. Nie wiem, czy to rzeczywiście sztyca, czy po prostu szersze opony z niższym ciśnieniem, czy jedno i drugie, ale jest wygodniej.
– –
Podsumowanie
TL;DR czyli plusy i minusy w skrócie
Zalety:
- wygląd ramy
- miejsce na opony do 50C
- wygodne klamkomanetki
- praca napędu
- duża ilość punktów montażowych
- hamulce hydrauliczne
- wygodna kierownica
- sztywne osie
Wady:
- siodełko
- opony
- widoczne rysy na lakierze
– –
Na zakończenie
Mimo paru minusów jestem bardzo zadowolony z roweru. Jednego z nich już się pozbyłem przez zmianę siodełka, następny zniknie po założeniu nowych opon, a z trzecim byłem pogodzony w momencie zakupu.
Decyzja o bike sizingu przed zakupem też była trafiona. Bez niej kupiłbym rower o rozmiar mniejszy, a położenie siodełka ustalałbym na chybił trafił. Druga sesja pewnie nie była tak bardzo potrzebna, bo informacje z pierwszej były kluczowe, ale przydała się do optymalnego ustawienia roweru pode mnie.
Postaram się niedługo dorzucić wpis o rzeczach, które dokupiłem do Gryzelka. Mam nadzieję, że się zmieszczę w jednym, bo trochę ich jest, a nie chciałbym produkować kolejnego potwora, takiego jak ten tekst, który przekroczył już próg 4k słów, co do tej pory na „silva rerum” zdarzyło się tylko raz.
Na pożegnanie jeszcze dorzucam fotkę Gryzelka w trakcie mojej pierwszej wyprawy bikepackingowej, czyli właśnie takiego rowerowanie, dla którego go kupiłem.

Jeżeli jeszcze nie czytaliście relacji z niej, to serdecznie zapraszam do lektury.

Dodaj komentarz