Rapha Festive 500 – edycja 2016

Świąteczne wyzwanie firmy Rapha – przejechać pięćset kilometrów w ciągu ośmiu ostatnich dni roku.

W zeszłym roku zdążyłem z pięćsetka zanim zaczęły się solidne mrozy, ale w tym roku miało nie być tak fajnie. Pogoda zapowiadała się paskudnie – deszcz i silny wiatr. Twardym trzeba być, nie mientkim, więc zdecydowałem się na start.

Kupiłem w Decathlonie karton ogrzewaczy stóp i porządną kurtkę z B’twin. W ostatniej chwili odpuściłem zakup nowych spodni, żal mi było wydawać kolejne kilka setek w sytuacji, gdy już jedne portki miałem.

Dwa tygodnie przed Gwiazdką urządziłem sobie siedem dni regularnych treningów w różnych warunkach pogodowych – od chlapy po mróz.

Ostatnie pięć dni odpuściłem jeżdżenie całkowicie (ośmiu kilometrów na Treku nie liczę), zamiast tego umyłem i nasmarowałem rower. Codziennie sprawdzałem prognozy i planowałem trasy. Zaraz po świętach miało wiać niemiłosiernie, dlatego chciałem jak najwięcej machnąć przed tym, a potem tylko dojeździć końcówkę.

Przyszyłem czapkę Mikołaja do kasku i zalepiłem wentylacyjną siatkę w butach duct tape, by je uodpornić nieco bardziej na wiatr i wodę.

24 grudnia

W Wigilię postanowiłem powtórzyć zeszłoroczną trasę – 150 kilometrów z finiszem w domu Teściowej na świątecznej kolacji. Miało być stosunkowo ciepło, z przelotnymi lekkimi opadami i dość silnym wiatrem.

Po zbyt obfitym śniadaniu (korzenne brownie, którym zagryzłem michę płatków z bananem i żurawiną spowodowało, że trudno było się rozruszać) wyjechałem w trasę trochę przed ósmą.

Z początku nie było źle, nawet mimo wiatru częściowo w twarz. Po niecałych 30 km zaczęła się marznąca mżawka, później mżawka ze śniegiem, a potem subtelności się skończyły i zaczęło padać. Na szczęście w okolicach siedemdziesiątego kilometra się wypogodziło i chociaż nadal było pochmurnie, to deszcz odpuścił.

Humor po drodze poprawił mi gorący mega hot-dog na Orlenie w Krajence, gdzie obsługa już mnie rozpoznaje :)

W Świętej zrobiłem sobie pamiątkowe zdjęcie, bo jakże mógłbym przegapić taka okazję.

Zmoczony i przewiany dotarłem do Wyrzyska, z lekko obolałym zadkiem, bo moje stare spodnie zimowe mają już rozklepaną wkładkę i nie zapewniają amortyzacji. Najważniejsze, że są ciepłe :)

Średnia prędkość: 24,2 km/h

25 grudnia

Rano lekki ból w łydkach, nic czego by nie zlikwidowało parę minut rolowania na wałku.

Pora wrócić z rowerem z Wyrzyska do domu. Po południu miało padać, więc trasę trzeba było załatwić z rana. Śniadanie u Teściowej i jazda. Plan minimum – 50 km przez Osiek, Smogulec i Kcynię. Gdyby okazało się, że nie jestem zbyt zmęczony po wczorajszej jeździe, miałem zrobić kilkanaście kilometrów więcej, ze Smogulca jadąc na Gołańcz i Morakowo.

Dość ciepło, sucho, boczny wiatr, a od Gołańczy w plecy. Jechało się zadziwiająco przyjemnie. Po jakichś 40 km zaczęło mżyć, ale nie na tyle, żeby przeszkadzało to w jeździe. Gdy dojechałem do Nakła, doszedłem do wniosku, że przeciągnę trasę jeszcze kawałek. Z nowej obwodnicy odbiłem na Potulice, by w Gorzeniu skręcić na Ślesin, skąd świeżutkim asfaltem miałem dojechać do Suchar, a potem przez Karnowo do Nakła i do domu.

Od Gorzenia dostałem coraz silniejszy boczny wiatr, ze wzmagającą się mżawką. Przeliczałem sobie trasę w głowie i wyszło mi, że w najlepszym przypadku wyjdą razem 93, może 94 km. Dwa i pół kilometra miałem górki z dnia poprzedniego, więc wystarczyło by dokulać się jeszcze kawałek w okolicach mojej wsi, by mieć razem 250 – 50% wyzwania z głowy.

Nakręcony depnąłem mocniej, by nabrać prędkości tuż przed skrętem pod wiatr i nagle prawe kolano powiedziało „dosyć!”. Przeszywający, kłujący ból, jakby ktoś wbił mi dziewięciocalowy gwóźdź na lewo od rzepki. O ciśnięciu mogłem zapomnieć, przerzucałem łańcuch na coraz większe tarcze z tyłu, aż okazało się, że bez zrzucenia z blatu nie pojadę dalej.

Do domu zostało mi z 15 kilometrów. Powolutku kulałem się do przodu, siadając dwukrotnie na ławkach we wiatach przystanków PKS, by dać nodze odpocząć. Świetny nastrój z początku jazdy uleciał i zastanawiałem się tylko, czy następnego dnia będę w stanie przejechać chociaż kawałek.

Średnia prędkość: 24,8 km/h

26 grudnia

Plan był prosty – wstać o szóstej rano, wciągnąć śniadanie i ruszyć na lekką przejażdżkę, zanim zacznie padać. Większość nocy straciłem przez ból głowy, więc z domu wyszedłem dopiero o jedenastej. Zacząłem ostrożnie. Kolano na szczęście poza podjazdami nie bolało, ale czułem wyraźnie, że pracuje inaczej.

Wiało zdrowo, więc miałem dodatkowy powód, żeby przez większość czasu odpuścić sobie dużą tarczę z przodu. Dopiero gdy za Łobżenicą dostałem wiatr w plecy, mogłem przycisnąć. Tak naprawdę, to przycisnęło się samo, bo bez zrzucania na najmniejszą zębatkę z tyłu spokojnie trzymałem 30+ km/h, bez wysiłku i nieprzyjemności ze strony prawego kolana.

Końcówka z silnym wiatrem z boku i w mżawce nie była już taka fajna, ale cała jazda dała mi nadzieję, że dam radę dokończyć Festive 500, byle bym jeździł spokojnie i z głową. Miałem już za sobą 300 kilometrów, na brakujące 200 zostało aż pięć dni.

Po powrocie umyłem z grubsza rower, „wyszejkowałem” łańcuch w benzynie i nałożyłem świeżą oliwkę, bo pod koniec delikatnie było słychać pracujący napęd. W tym roku zamiast przyciągającego brud, ale superodpornego na wodę Rohloffa, używałem Fenwick’s Stealth Road. Ładnie smaruje i łańcuch długo zostaje czysty, niestety szybciej się zużywa w mokrych warunkach. Ale za to pachnie identycznie jak Play-Doh :)

Średnia prędkość: 24,1 km/h

27 grudnia

Odwiedziła nas Barbara. Orkan Barbara. Całą noc i od rana wiało tak, że odechciewało się wyjść z domu, nie mówiąc o wsiadaniu na rower. Zamiast tego wybraliśmy się rodzinnie do kina, tak jak przed rokiem na „Gwiezdne Wojny”, tym razem na „Łotr 1”. Kolano odpoczywało, a ja planowałem końcówkę Festive 500.

28 grudnia

Piękna pogoda się trafiła. Gdy przed dziewiątą wyjeżdżałem z domu termometr pokazywał -2°C, gdy wróciłem były cztery stopnie więcej. Cały czas towarzyszyło mi ostre słońce, po raz pierwszy od dawna musiałem zmienić szkła w okularach na przyciemniane.

Początkowe 50 km pod wiatr – słabszy niż w poprzednie dni, ale mocniejszy niż miałem nadzieję. Potem skręt w Sępólnie i dwadzieścia km z bocznym wiatrem. Gdzieś na tym odcinku odezwało się kolano i nie przestało boleć już do końca. Od Lipki do Łobżenicy 30 km odpoczynku z wiatrem w plecy, potem trochę bocznego i końcówka znów wspomagana.

Dobrze zaplanowałem trasę, bez wsparcia wiatru na finiszu mógłbym nie dać rady.

Szkoda, że miałem rozwaloną nogę, bo warunki były na spokojne dwieście km, a musiałem zadowolić się 130.

Średnia prędkość: 24,2 km/h

29 grudnia

Ostatnia jazda Świątecznej Pięćsetki 2016 zaczęła się od rolowania łydek spiętych po poprzedniej.

Chyba pora się przeprowadzić w inne okolice, bo gdy klikałem trasę na Route Planner, to dobijało mnie jak bardzo objeżdżone mam kawałki w promieniu 25-30 km od domu :)

-2°C przy -4° temperatury odczuwalnej. Prawie zero wiatru, zachmurzenie. W połowie trasy złapała mnie mżawka, która po kilkunastu kilometrach odpuściła i ustąpiła miejsca rzadkiej mgle.

Lekki ból w kolanie nie pozwalał na przyśpieszenie, ale nie przeszkadzał w spokojnym przejechaniu całości.

Średnia prędkość: 24,2 km/h

Po Pięćsetce

Dzień po czuję się znacznie lepiej niż przed rokiem. Żadnego dokuczliwego zmęczenia czy bólu. Rok treningów zrobił swoje i jestem bardziej przyzwyczajony do wysiłku na rowerze.

By przejechać 505,3 km potrzebowałem 20 godzin i 48 minut. Dzięki dobremu planowaniu tras po płaskiej okolicy musiałem w tym czasie podjechać jedynie 1225 metrów w górę. Wciągnąłem do tego kiść bananów, kilkanaście batonów i jednego hot-doga :)

Pogoda mogłaby być ładniejsza – poprzednia edycja miała znacznie lepszą aurę przez pierwsze dni, gorzej było za to w końcówce, kiedy to przymroziło zdrowo. W tym roku dobijający był deszcz różnej intensywności, który towarzyszył mi w czasie czterech z pięciu jazd. Ale gdyby było ładnie, to co to za wyzwanie? :)

A tak wygląda cała moja pięćsetka:

W 2015 po Festive 500 obiecywałem sobie długą przerwę od roweru, a w tym? Kończę to pisać i idę się przejechać :)

Może Ci się również spodoba

  • Fajnie! Gratuluję. Twardziel jesteś bo walczysz mimo przeciwności aury i Twojego ciała. Chapeau bas Panie Łukaszu :)

  • GrzegorzDufajn

    Jak wrażenia z użytkowania tej kurtki? Dziś oglądałem ją w sklepie rano. Napisz proszę jak ubierałeś się do tej trasy jeśli chodzi o górę? Ta kurtka ma komin – używałeś go czy lepiej korzystać z buffa?

  • Dziękuję :)

  • Bardzo zadowolony jestem. Na spód zakładam bieliznę termoaktywną z długim rękawem. Na to idzie bluza z Lidla (ich model jesienny, z lekkim meszkiem do środka). Na to kurtka i czasem gdy było paskudnie dorzucałem na wierzch wiatrówkę UltraLight z Decathlonu. Cały czas było ciepło i sucho.

    Z okolicami głowy mam swój wypracowany, nieco skomplikowany, ale działający system. Na głowę zakładam najpierw cienką czapkę Breath Hyper Shimano, na to bufa (przez jedno „f”, bo to podróbka z Decathlonu jest) wiązanego na czapkę, żeby dodatkowo zabezpieczyć czoło i uszy. Drugi buf idzie od góry tyłu głowy po spód twarzy – dodatkowa warstwa na uszach i osłona brody, polików i ust. I na to wszystko przychodzi na szyję komin od kurtki. Na ostatnim zdjęciu widać jak to wygląda.

    Trochę zakładania, ale za to jest ciepło. Nawet przy marznącym deszczu nie było źle.

    Podejrzewam, że przy odczuwalnej poniżej -10 przydałaby się już jakaś wypasiona kominiarka, ale do tej pogody jaką mamy w tym roku pasuje idealnie.

  • GrzegorzDufajn

    To ja myślałem że mój system z buffem oraz maską narciarską (używany wyłącznie na nartach) jest zbyt skomplikowany. Ważne żeby było ciepło i komfortowo.
    Dzięki za informację o tej kurtce.

  • Jesteś gość :)

    myslałem o tym, zeby choć trochę pojezdzić ale cholerstwo przypałętało i nie chciało puścić aż do pierwszych dni nowego roku.