Za wolność naszą i waszą – sprzeciw się nacjonalizmowi!

To był długi dzień, długi i męczący. Pobudka o piątej. Śniadanie, kawa, końcówka pakowania. Ocieplane spodnie, kalesony, koszulka termoaktywna, wełniany sweter, kurtka, lżejsze i grubsze rękawice. W Warszawie ma być zimno, może padać śnieg. Po zeszłorocznej demonstracji wiedziałem, że ciepły ubiór to podstawa.

Żona wiezie mnie do Nakła na dworzec PKP. Stamtąd jadę do Bydgoszczy, gdzie wsiadam w Intercity do stolicy. Na dworcu sporo policji i sokistów. Trochę ludzi z flagami, opaskami, w kurtkach z napisem „śmierć wrogom ojczyzny” na plecach. Poza tym spokojnie.

Trzy długie godziny

Pociąg już stoi, więc ładuję się na miejsce, które wykupiłem ze dwa tygodnie wcześniej, gdy tylko było wiadomo, o której zaczyna się manifestacja antynacjonalistów. Pociąg bez przedziałów. Powoli schodzą się inni pasażerowie, coraz więcej jest narodowców jadących na Marsz Niepodległości. W miarę jak ich przybywa są coraz głośniejsi.

Na pierwszy rzut oka widzę dwie różne grupy, po chwili zauważam też trzecią. Pierwsi są najbardziej widoczni. Hałaśliwi, wulgarni, z piwem w ręku. Zapowiadają zadymę, liczą na okazję do rozróby, opowiadają o bójkach, starciach z policją. Ot, typowi stadionowi bandyci.

Żałuj, że z nami nie jedziesz, wesoły pociąg jest. A jak będziemy wracać, to będzie weselej. Czy w Warsie sprzedają wódę? Nie wiem, kiedy będę wracał, jeden chuj, bo kupiłem bilet weekendowy. Chciałbyś, kurwa, żeby twoja laska chodziła w burce? Idziesz, kurwa, na plażę i sobie nawet, kurwa, kształtów niepooglądasz. Mogą mnie psy jebnąć, w Warszawie jeszcze w puszce nie siedziałem. Jak wyjdziemy z pociągu zapierdalamy najpierw po piwo. Patrz, kurwa, jak psy na peronie stoją i mnie prowokują, hehe. Pedalski pociąg, kurwa, wszyscy się ocierają.

Drudzy spokojniejsi, raczej trzeźwi. Ale to oni przerażają mnie najbardziej.

Uchodźcy, pedały, islamiści, czarnuchy, ciapaci, lewaki. Szwecja jest już zgubiona przez pizdowatych pedalskich lewaków. Ciapaci to nie uchodźcy, tylko młodzi wysłannicy ISIS, którzy chcą gwałcić białe kobiety, brać zasiłek i siać terror. Europa musi posłuchać Polaków, inaczej zniknie w 20 lat. Jak nie wybijemy Arabów, to nasze kobiety będą musiały chodzić w burkach. Polska i Europa mają szansę tylko wtedy, gdy będą katolickie. Niech ciapaci do nas przyjdą, to tak ich zintegrujemy, że ci, którzy zostaną, będą przez morze uciekać wpław. Szkoda, że ich tak mało tonie. W Calais trzeba było ich spalić razem z tymi budami. Siedzą sobie te brudasy, każdy z nowym smartfonem i dostają dwa tysiące euro za nic, a ty musisz pracować, a i tak w portfelu nic nie ma. Pedalski TVN. Pedalska UE.

Wszystko to wcześniej widziałem w komentarzach na fb, ale tam to były tylko litery na monitorze, tu otaczają mnie żywi ludzie, pełni pogardy, nienawiści i gniewu. Na fb mógłbym zgłosić to do usunięcia i jak zwykle przynajmniej połowa zostałaby skasowana, tu muszę siedzieć cicho, bo nie chcę oberwać, zanim jeszcze dotrę na manifestację.

(Gdy piszę to dwa dni później, ciągle mi niedobrze, że nie odważyłem się odezwać, że przesiedziałem trzy godziny udając, że mi to nie przeszkadza.)

Trzecia grupa to dla mnie zagadka. Młodzi, sympatyczni ludzie, często pary (chłopak i dziewczyna, oczywiście). Wyglądają zupełnie normalnie, jakby jechali na wycieczkę raczej, niż marsz nacjonalistów. Tylko koszulki z żołnierzami wyklętymi czy biało-czerwone szaliki zdradzają, po co siedzą w pociągu. Rozmawiają o szkole, pracy, filmach, znajomych. I zdają się nie zauważać fal nienawiści przelewających się nad ich głowami. Czy wierzą, że nie ma innej możliwości okazania patriotyzmu, niż towarzystwo bandytów i rasistów? Czy może tak jak tamci są przekonani o tym, że to inni odpowiadają za całe zło i jedynym rozwiązaniem jest biała, katolicka Polska? Nie mam pojęcia. Nie rozumiem.

Dojeżdżam do Warszawy Centralnej. Na dworcu pełno narodowców oraz pilnujących ich policjantów i sokistów. Mam trzy godziny do startu manifestacji, więc pora coś zjeść. W Burger Kingu stoję w kolejce otoczony koszulkami „żołnierze wyklęci”, „śmierć wrogom ojczyzny”. W środku spokojnie, ale grupy przechodzące za oknem skandują „nie islamska, nie laicka, wielka Polska katolicka” i „a na drzewach, zamiast liści, będą wisieć komuniści”. Zjadam i spadam.

Idę do kasy, żeby kupić jeszcze jeden bilet powrotny. Ten, który mam w portfelu jest na 20:30, ale może bezpieczniej będzie wrócić pociągiem, który jedzie dwie godziny wcześniej? Zobaczymy.

Obchodzę z daleka otoczony tłumami narodowców PKiN, którego okolice trzęsą się od huku petard. Jak najdalej od zielonych flag z falangą.

Na Placu Zamkowym

Docieram na miejsce przed drugą, nikogo jeszcze nie ma. Wykorzystuję chwilę na pamiątkową fotkę.

img_20161111_134531

Pierwszą grupą, jaka się zjawia są anarchiści. Cali na czarno, z zasłoniętymi twarzami. Czarno-czerwone flagi mają osadzone na styliskach do siekier. Ugh. Rozumiem, że nie chcą, by ich zdjęcie wylądowało na redwatch, i że ich doświadczenie z nacjonalistami powoduje, że są gotowi do ewentualnej walki, ale widok takiej bojówki jednak mi zgrzyta na pokojowej demonstracji. Potem sobie przypominam wszystko, czego wysłuchałem w pociągu i przestaję przejmować się anarchistami.

W rogach placu pojawiają się policjanci w pełnym rynsztunku do tłumienia zamieszek, włącznie z tarczami. Przez spory czas jest ich znacznie więcej niż uczestników manifestacji. Jest dość zimno i co chwilę prószy śnieg, więc żal mi biedaków, którzy muszą nas pilnować.

Po anarchistach schodzi się sekcja perkusyjna, potem pojawia się coraz więcej ludzi, w końcu podjeżdżają samochody i zaczyna się wyładowywanie oraz ustawianie sprzętu: transparentów, flag, nagłośnienia. Stoję kawałek dalej, z biało-czerwoną. Co chwilę ktoś pyta co to za zgromadzenie, zdziwienie budzą zwłaszcza flagi anarchistów, wymieszane z czerwonymi i tęczowymi sztandarami. Tłumaczę jak najlepiej mogę, zwłaszcza sceptycznie nastawionym do potrzeby marszu przeciwko nacjonalizmowi. Kilkukrotnie pytają po angielsku obcokrajowcy, oni jakoś nie powątpiewali w „rise of nationalism in Poland”.

Schodzi się coraz więcej ludzi. W końcu uzbierało się więcej, niż się obawiałem, ale mniej, niż miałem nadzieję. No cóż, lewacka demonstracja w zimny i mokry dzień nie cieszy się powodzeniem. Temperaturę podnoszą dźwięki bębnów i werbli.

(Tak, wiem, wiem – wideo jest w pionie, nie poziomie. Kręciłem na szybko, by pokazać znajomym na WhatsAppie i śpieszyłem się, żeby schować telefon przed mokrym śniegiem.)

Ruszamy

Gdy startuje generator na dachu busa i drugi na przyczepce ciągniętej przez osobówkę, zapewniające zasilanie nagłośnienia, możemy zaczynać.

Dziś jest 11 listopada. W tej chwili, zaledwie kilka kilometrów od nas, odbywa się coroczny marsz polskich nacjonalistów. Jest to obecnie największy faszystowski marsz w Europie. Spektakularny i ohydny pokaz siły skrajnej prawicy. Grzmiący okrzykami o czystości rasy, płodach, prawdziwej polskości i nienawiści do wszystkiego, co obce. Marsz, z którego organizatorami otwarcie współpracuje państwo. Dlatego dzisiaj – zamiast posłusznie chować się po domach – wychodzimy na ulice.

To początek przemówienia otwierającego marsz. Zanim ruszymy ulicami Warszawy jest jeszcze komunikat: „idziemy pokojowo, nie dajcie się prowokować, trzymajcie się razem, w zwartej kolumnie”.

Z głośników na busie gra muzyka, z tyłu rytm wyznacza perkusja.

Co jakiś czas się zatrzymujemy. Przed Zachętą, UW, Pałacem Prezydenckim. Wtedy słuchamy przemówień: o nacjonalizmie, prawach pracowniczych, osób transseksualnych, kobiet, migrantów. Słyszymy historię Ameera Alkhawlany’ego, zatrzymanego przez ABW za odmowę szpiegowania, zbierane są podpisy pod petycją Czarnego Protestu. Na schodach Zachęty śpiewa chór. Warszawianka, Czerwony Szandar. Ktoś rozdaje małe tęczowe flagi Kampanii Przeciw Homofobii, ktoś inny wręcza glowsticki. Ludzie w kolorowych perukach. Z kolorowymi parasolkami. Czapka Mikołaja. Jakiś lemur, jakiś tygrys. Baloniki, światełka. Jest głośno, kolorowo i różnorodnie.

img_20161111_154546

Wśród haseł najczęściej słychać  „Wolność, równość, antyfaszyzm” z ostatnim członem często wymienianym na „prawa kobiet” i „solidarność”. „Solidarność naszą bronią, narodowcy niech się gonią”. „Biała Polska tylko zimą”. „Chcemy uchodźców, nie narodowców”.

Na transparentach hasła poważne i żartobliwe: „Sprawiedliwość społeczna zamiast nacjonalizmu”, „Bób, hummus, włoszczyzna”, „Współkochać przyszłam, nie współnienawidzić”, „Powiedz nie rasizmowi”, „Leśmian Królową Polski”, „Zamiast liści niech spadają nacjonaliści”, „Chałwa wielkiej Polsce”, „Po prostu patrioci gorszego sortu”.

Po siedemnastej z głośników komunikat: „Marsz niepodległości powoli się kończy, uwaga na wracających z niego narodowców, nie dajcie się sprowokować, trzymajcie się razem”. Rzeczywiście, coraz częściej mijamy ludzi z opaskami PW i biało-czerwonych szalikach. Niektórzy przystają, wulgarnie komentując nasz pochód. Na szczęście towarzyszy nam policja, a porządkowi starają się z chodników zebrać nas w zwarty szereg na ulicy, żeby było wiadomo, kto idzie z nami, kto jest z zewnątrz.

Uciekam przed czasem

Gdy stoimy pod UW mam okazję wysłuchać z boku tekstów o „zajebywaniu pedałów i dewiantów”. Decyduję się na powrót wcześniejszym pociągiem. Rozmontowuję flagę i składam ją do plecaka. Tęczową chorągiewkę zwijam i również chowam. Glowstick i drzewce lądują w koszu na śmieci. Widzę kilka innych osób, również chowających flagi i ściągających znaczki.

Znajduję moment, gdy chodniki są puste i odłączam się od kolumny. Idę na dworzec mijając kolejne zastępy policji czekające na Placu Powstańców, gdzie ma zakończyć się manifestacja. Gdy dochodzę w okolice PKiN znowu słychać petardy i skandowanie „raz sierpem, raz młotem, czerwoną hołotę”, „Polska dla Polaków”, „wielka Polska katolicka”. Lawiruję między gorzej oświetlonymi i pustymi miejscami, a tymi zajętymi przez spore grupy rozwrzeszczanych narodowców schodzących się w okolice dworca. Chyba dobrze, że wracam wcześniej.

Na dworcu sporo wracających z MN i masa policji, SOK, a nawet żandarmerii wojskowej. W hali i na korytarzach raczej spokojnie, skandowanie haseł słychać tylko z peronów. Wygląda na to, że na razie wraca głównie trzecia grupa uczestników, pierwsze dwie w większości są jeszcze na mieście. Na szczycie schodów na jeden z peronów stoi matka z małym synem i patrząc w dół na krzyczących i wymachujących flagami mówi do telefonu „nie wiem czy i jak przyjedziemy”.

Tym razem podjeżdża pociąg z przedziałami. W moim dziewczyna z książką o retoryce, matka z dzieciakiem i chłopak z laptopem. Spokój. Spora ulga.

Dopiero po minięciu Włocławka impreza odbywająca się kilka przedziałów dalej staje się wyraźnie słyszalna. Komuś po kilku piwach pomieszało się nieco i nie wie, czy wraca z meczu, czy z marszu, więc wrzeszczy „naaa-ro-do-wy, naaa-ro-do-wy, ZA-WI-SZA!”. Już wiem, że pojadę z nim aż do Bydgoszczy. Do fana Zawiszy dołączają koledzy i wyją „Polska, biało-czerwoni!” na zmianę z „nie islamska, nie laicka, wielka Polska katolicka”. Akompaniują sobie waleniem w ściany przedziału. Na którejś ze stacji przez okno widzę dym papierosowy lecący z pociągu. Przechodzący kolejarze i sokiści nie reagują. Za każdym razem, gdy część grupy wysiada żegna ich kolejna salwa wrzasków. W Bydgoszczy robi się cicho, zostaję sam w przedziale. Z dworca w Nakle odbiera mnie Żona. Zanim się z nią spotkam, na peronie słyszę jeszcze „biało-czerwone, to barwy są niezwyciężone”.

Wsiadam do samochodu i gdy Żona pyta mnie o wrażenia, czuję tylko smutek.

W czasie marszu było wspaniale. Ale seans nienawiści w pociągu do Warszawy i strach towarzyszący powrotowi prawie całkowicie przeważyły nad pozytywnymi wrażeniami. Wiem jednak, że to właśnie jest powód, dla którego trzeba było pojechać, i dla którego za rok postaram się pojechać ponownie.

Nawet jeżeli znów będę cały czas miał w kieszeni gaz pieprzowy.

Może Ci się również spodoba