Do Gdańska

Zaliczyłem ostatnie miasto z listy do odwiedzenia na rowerze w tym roku – pojechałem do Gdańska, gdzie u gościnnego Szwagrostwa czekała na mnie Żona z Synem.

Plany

Jak zawsze przygotowania zacząłem od planowania trasy. Skorzystałem z pomocy członków dwóch rowerowych grup na Facebooku: SzajBajk i Cycling 3City. Szukałem alternatywy dla drogi, która jeździmy samochodem: Chojnice – Brusy – Kościerzyna – Żukowo – Gdańsk.

Wcześniej objeździłem już drogę do Chojnic i wiedziałem, że stamtąd do Brus prowadzi droga rowerowa. Pytanie brzmiało, jak jechać dalej, bo nie uśmiechało mi się pchanie się między samochody na  krajowej dwudziestce.

Podpowiedziano mi odbicie w Lubni na Wiele – Wdzydze Tucholskie – Olpuch, a później na Wielki Klincz – Puc – Grabowo Kościerskie i wyjazd na DW221 w Przywidzu. Potem zostawała już prosta przez Kolbudy i Kowale do Gdańska. W sumie jakieś 200 kilometrów od mojego domu do fontanny Neptuna.

Rodzina się wcina

Ustaliłem z Żoną, że zgramy nasze wyjazdy do Gdańska tak, żeby oni pojechali w sobotę, a ja dzień później. Data się trochę przesuwała, ale w końcu udało się ustalić co i jak, chociaż do ostatniej chwili nie było wiadomo czy jednak nie jadę sam.

Zamiast jechać samochodem, Żona spakowała siebie i Grzesia (oraz moje cywilne ciuchy) w sakwy na swoim Giancie i plecak na bagażniku młodego, po czym popedałowali do Bydgoszczy na pociąg.

Jazda!

Pobudka o trzeciej. Śniadanie – kawa, dwa jajka sadzone w tostach i kanapka z masłem orzechowym i dżemem. Druga taka kanapa w kieszeń, razem z bananami i batonami. Wyjazd o 4:23. Gdy wschodziło słońce byłem 20 km od domu.

IMG_20160724_051416

Znajoma droga do Chojnic zleciała szybko. Ku mojemu zdziwieniu spotkałem trzech gości na rowerach, którzy najwyraźniej też nie mogli dospać. W Chojnicach drugie śniadanie w McDonalds – McDrive to świetne rozwiązanie, gdy nie chce się zostawiać roweru bez opieki :) Przy okazji napełniłem bidony.

Szutrowo

Po śniadaniu wjazd na drogę rowerową Chojnice – Brusy. Początek idealny – asfalt i kostka łączona na gładko. Śmieszna trochę historia tam mi się przydarzyła. Podciągnął do mnie facet na jakimś góralu i bez słowa wskoczył na koło. Pierwszy raz w ogóle wiozłem kogoś na kole, nie licząc Żony i Syna :) Nawet się nie odezwał, więc chciałem go zgubić – odskakiwałem na podjazdach i zjazdach, doganiał mnie na skrzyżowaniach czy przejazdach przez przystanki autobusowe, gdzie zwalniałem nie znając drogi. Nie chciałem się spinać za bardzo, bo miałem jeszcze ze 110 kilometrów przed sobą, więc przy okazji następnego przystanku puściłem go przodem. I oczywiście samemu wskoczyłem na koło. Ustawiłem się z lewej strony, bo wiało lekko z prawej i sobie spokojnie pedałowałem trzymając się gościa. No, powiem wam, niezły luksus. Nic dziwnego, że ludzie lubią jeździć w grupie – jest dużo łatwiej. Chyba w ramach próby urwania mnie zaczął smarkać na lewo i prawo, ale się nie dałem :) Pojechaliśmy tak kawałek, aż droga weszła w las i nawierzchnia zmieniła się na szutrową. Tam mój dobroczyńca skręcił i zostałem sam.

IMG_20160724_083056

Na początku jechało się nieźle. Później było coraz gorzej. Ciągłe górki, dziury wypłukane w drodze, szyszki i gałęzie, luźny piach i żwir – żałowałem, że nie zmieniłem opon na bieżnikowane. To zdecydowanie nie była trasa na slicki. Gdy stawałem na pedałach na krótkich i ostrych podjazdach, to tylne koło traciło momentami przyczepność i ślizgało się na żwirze. Aż marzyłem o trasie Bydgoszcz – Koronowo, na którą tyle razy narzekałem. Jakoś przejechałem, ale co mają zrobić kolarze na szosówkach z wąskimi oponkami? Wyznaczonym szlakiem nie przejadą, a na szosie stoją znaki zakazu ruchu rowerów. Głupota. Albo robisz trasę dla wszystkich rowerów, i wtedy możesz zabraniać im jazdy po szosie, albo robisz trasę dla części rowerów, a tym, które nie są w stanie nią przejechać, pozwalasz jechać asfaltem.

Z przyjemniejszych rzeczy z tego odcinka drogi – pstryknąłem sobie fotkę z moją ulubioną nazwą miejscowości:

IMG_20160724_084829

Po bocznych drogach

Po zjechaniu w Lubni z DW235 na boczne drogi skończył się dobry asfalt. Na ogół nie było tragicznie, ale w kilku momentach żałowałem, że dopompowałem parę PSI dzień przed wyjazdem.

Kawałek za Olpuchem spotkałem ustawkę ze Starogardu Gdańskiego. Ze siedmiu-dziewięciu chłopaków ciągnęło ze średnią powyżej trzech dych, o której ja mogłem tylko pomarzyć :) Za jednym zamachem widziałem więcej szosowców, niż przez cały miesiąc jeżdżenia po moich okolicach. I strasznie miło mi się zrobiło, gdy się pozdrawialiśmy.

W Wielkim Klinczu przerwa na zakupy w Lewiatanie – uzupełnienie bidonów i puszka pepsi. Pycha.

Pod koniec trzęsienia tyłka po kiepskim asfalcie przyszedł lekki kryzys. Dlaczego nikt (no, może poza nauczycielem geografii) nie powiedział mi, że Kaszuby są tak pofalowane? I czy czasem do morza nie jedzie się na dół? A ja od półtora godziny ciągle jechałem do góry! Wystarczyło jednak przysiąść na przystanku w Przywidzu, wciągnąć batona, napić się i chwilę odpocząć, by wróciły siły. A tło do popasu miałem odpowiednie:

IMG_20160724_123940

Końcówka

Ruszyłem znowu. Jeszcze kawałek wspinania, a potem rzeczywiście – jazda w dół! Do tego karmiłem się watami od wyprzedzających mnie samochodów i jechało się bajecznie. I zaczęło robić się dziwnie. Kierowcy nie wyprzedali mnie w ryzykownych miejscach – na zakrętach, pod górę czy obok wysepek w jezdni, tylko czekali aż je minę. Nie wyjeżdżali przede mnie gwałtownie z bocznych dróg. I mijali ze sporym odstępem. Pełna kultura. A dla mnie szok, że to może tak wyglądać.

Jeszcze bardziej miałem się dziwić już za chwilę, w czasie jeżdżenia po mieście, bo właśnie dotarłem do jego granic.

IMG_20160724_135237

Sporo dobrej jakości ścieżek rowerowych mnie nie dziwiło, bo widziałem je wcześniej. To samo z masą jeżdżących po nich ludzi. Ale zachowanie kierowców było niesamowite. Zatrzymywanie się przy skrzyżowaniach ścieżek z ulicami, czekanie na przejściach, mruganie światłami i machanie ręką, że mogę jechać, odstęp od roweru jadącego po ulicy – to wszystko było nowością i czymś niesamowitym dla mnie, przyzwyczajonego raczej do walki o przetrwanie w Bydgoszczy (nie mówiąc o Nakle, które jest dżunglą).

Zachwycony tym wszystkim dotarłem na Stare Miasto, gdzie po przebrnięciu przez tłumy turystów pstryknąłem fotkę, dla której tak się męczyłem:

IMG_20160724_143202

Podsumowanie

Przejechałem 207 kilometrów (nie licząc dodatkowych ~7km do mieszkania Szwagrostwa). Zajęło mi to osiem godzin i trzynaście minut. Po doliczeniu śniadania w Chojnicach i innych postojów (zdjęcia się same nie zrobią!) wyszło dziesięć godzin i pięć minut od wyjścia z domu do stanięcia przed Neptunem. Trochę dużo, bo liczyłem na jakieś pół godziny mniej.

Pierwszy raz na trasie 200+ utrzymałem średnią prędkość powyżej 25km/h. Myślę, że spora w tym zasługa końcówki z górki, chociaż wcześniejsze podjeżdżanie trochę pewnie średnią napsuło. Dobroczyńca, który wiózł mnie na kole też się przyczynił do podkręcania tempa :)

Trasa fajna – raczej spokojne drogi, dużo mojej ulubionej jazdy przez lasy. Niestety nie na rower szosowy. Gdybym zmienił opony na bieżnikowane o szerokości 35C, nabite do jakichś 70 PSI, dojechałbym pewnie wolniej, ale komfortowo i bez wkurzania się na nawierzchnię. Dla kogoś na slickach węższych od moich 32C najlepszą opcją będzie jazda krajówką przez Kościerzynę. Tam niestety trzeba się męczyć z samochodami.

Za chwilę zabieram się za pisanie drugiego wpisu, tym razem o rodzinnym jeżdżeniu po Trójmieście (i nie tylko).

Może Ci się również spodoba

  • Jakbym planowal atak na Gdaansk po asfaltach :P to mozemy sie spiknac ? ;)

  • Chętnie jeszcze raz się przejadę, tylko tym razem chyba olałbym znaki zakazu i trzymałbym się z daleka od tych piachów i żwirów :)