Nie ma to jak sąsiedzi

Gdybyśmy byli indiańską rodziną, nasz pies właśnie zmieniłby imię z Bono na Dwie Stówy. Tyle właśnie kosztował nas mandat, jaki wlepiła nam Straż Miejska zawiadomiona przez naszego „ukochanego” sąsiada, który oskarżył Bono o zaatakowanie go. Nieważne, że nawet nie byli po tej samej stronie rowu melioracyjnego, ani że to sąsiad go drażnił i prowokował.

No cóż, gdybym był ponadczterdziestoletnim facetem wegetującym na paru hektarach, bez pomysłów i szans na rozwój, z ciągle rosnącą gromadką dzieci, którym nie ma jak zapewnić godziwych warunków, mieszkał w starym domu z przeciekającym dachem, na remont którego nie ma ciągle pieniędzy, a na dodatek nadal rządziłaby mną matka to też bym szukał sobie różnych rozrywek, a dokuczanie sąsiadom, którym powodzi się lepiej zdecydowanie do rozrywek należy, i to takich z górnej półki, dorównując prawie wyjazdom na protesty Samoobrony pod Sejmem.

BTW: Wrażenia naszego sąsiada z takiego właśnie lepperowego wyjazdu – „Ta Warszawa to same mury. I wódkę na stacjach benzynowych mają drogą.”

Może Ci się również spodoba