Elvisoterapia

Kilka osób, które zajrzały na stronę mojego profilu na last.fm zaczęło się dziwić totalnej dominacji Elvisa Presleya. Niektórzy poza zdziwieniem wyrazili obawy o mój stan :) Nie ma powodu do obaw – wszystko ze mną w porządku (przynajmniej jeżeli chodzi o muzykę :D)

Skąd ten trwający już ponad dwa tygodnie mój elvisowy szał? To proste – leczę się Elvisem, odtruwam się Nim.

Miałem dość tej ohydnej papki jaka osacza mnie ze wszystkich stron, czy to radio, czy telewizja – zawsze to samo. Plastikowy pop sztucznych panienek, masowy wysyp polskich bliźniaczych kapel, próbujących wmówić, że grają „muzykę alternatywną”, dobijające mydłki udające rock, beznadziejny hip-hop kolesi, którym ktoś powinien jak najszybciej zabrać mikrofony, a na dokładkę obleśna gówniarzeria kreowana na gwiazdy przez jakichś producentów o pedofilskich skłonnościach. Rzygać już mi sie tym wszystkim chce. Przepraszam za dosadność, ale i tak dość oględnie się wyrażam.

Do tej pory ratowałem się muzyką z mojego dysku – sporo klasyki rocka, trochę trip-hopu, jazz, blues, porządny hip-hop. Niestety z czasem mi sie to osłuchało, a coraz rozpaczliwiej potrzebowałem detoksu. Z pomocą przyszedł przypadek. Trafiłem trójpłytowy zestaw największych przebojów Króla, którego nie słuchałem od momentu, gdy stosik kaset trafił na dno szafy. Po usunięciu z tegoż zestawu kitów w rodzaju dyskotekowych remiksów (takich jak ten paskudny hit sprzed roku czy dwóch, brrrrr…) okazał się idealny.

Elvis całkowicie zdominował moją playlistę. Na początku przeplatałem go innymi wykonawcami, ale po dociągnięciu pierwszej połówki piećdziesięcioalbumowego setu został tylko On.

I tak to trwa, kolejne albumy trafiają na dysk, a ja chłonę Króla. Czy to proste rockandrollowe kawałki, czy bogatsze aranżacyjnie utwory, czy to żwawe przebojowe piosenki, czy to ballady – wszystko jest jak miód dla mojej, znękanej wszechobecnym muzycznym gównem, duszy.

Rock-a-hula Baby!

Może Ci się również spodoba