Sołtys wybrał golfa

Dla mojego ojca ziemia była święta. Nie pozwalał nawet, by na nasze pole wjeżdżały traktory, bo ją bezcześciły. Ciekawe co by powiedział na to pole golfowe – Telesfor Horodecki, rolnik spod Nakła uśmiecha się spod daszka bejsbolówki.

Idziemy środkiem gospodarstwa Horodeckich w Olszewce. Duży, schludny dom z eleganckim ogrodem, zadbane obejście, wszędzie dokoła solidne zabudowania gospodarskie. Jednak swojski klimat zmienia się nagle, gdy tylko wychodzimy za stodołę. Przed nami ciągnie się długi pas równiutko przystrzyżonej trawy, zieloną monotonię urozmaicają piaszczyste placki z zagłębieniami, rów z wodą i kilka chorągiewek. Wychodzimy na najprawdziwsze w świecie pole do gry w golfa.

– Moja matka, która w ciężkich czasach musiała sama prowadzić gospodarstwo, też na początku kręciła na to wszystko nosem – dodaje Horodecki, gdy przygotowujemy się do pierwszego uderzenia. – Dopiero gdy zobaczyła, ilu tu zjeżdża ludzi, przestała mówić, że jej syn stracił głowę. Uwierzyła, że to ma jakiś sens. A gdy uroczystego otwarcia dokonał wiceminister spraw zagranicznych Radek Sikorski i partyjkę rozegrał u nas Tadeusz Drozda, chyba jest nawet z tego wszystkiego dumna.

Skan strony z Gazety Wyborczej

Owiec już tu nie ma

– Wszyscyśmy się tu w głowę pukali, gdy Tolek w końcu powiedział, co tam za stodołą urządza – mówi barczysty mężczyzna, który żelaznymi klinami próbuje rozłupać korzeń ściętego właśnie klonu przy domu Horodeckich. Drzewo uschło w zeszłym roku i trzeba było je usunąć. Teraz na jego miejscu będą parkować samochody gości pola golfowego. – Najpierw z owiec zrezygnował, teraz zmniejszył sobie uprawę pod rzepak. Myśleliśmy: same nieszczęścia sprowadza sobie na głowę, chłop przez tego golfa chyba oszalał.

Sąsiedzi dziwili się już, gdy Horodecki odbijał piłeczki między drzewami w sadzie przy domu. – Z początku trochę się z tym kryłem, bo nie chciałem szokować ludzi tym golfem, ale u nas takich rzeczy w tajemnicy długo się nie utrzyma – wspomina Horodecki. – A mnie ciągnęło do grania coraz bardziej z każdą relacją z zawodów na satelicie. W końcu powiedziałem sobie: przecież nie mam się czego wstydzić i wyszedłem ćwiczyć długie uderzenia na ściernisku.

Pierwszy raz zagrał na poważnie ze szwagrem z Bydgoszczy pięć lat temu. – Zadzwonił do mnie z wczasów nad morzem w Rewalu – opowiada. – Mówił zachwycony, że niedaleko w Łukęcinie jest świetne pole golfowe. Zabrałem żonę i pojechaliśmy tam na weekend. Gdy wszyscy szli na plażę, my ze szwagrem jechaliśmy na golfa. Poczułem się tam cudownie, choć szło mi bardzo kiepsko. Po roku wybraliśmy się tam znowu razem na dłużej. Myśleliśmy, że teraz nie będziemy grać już jak ostatnie nogi. Ale nic z tego, okazało się, że wszystko pozapominaliśmy i znowu byliśmy tak słabi jak na początku. Wtedy postanowiłem, że muszę u siebie w Olszewce urządzić swoje małe pole, żeby trenować w przyzwoitych warunkach.

Za stodołą gospodarstwa rozpoczyna się 20-hektarowe pole. Kiedyś pasły się tu owce, a dalej rósł rzepak. Dziś na dwóch hektarach rośnie krótko przystrzyżona trawa, specjalny wolno rosnący gatunek przeznaczony na pola golfowe. – Roboty z tym więcej niż normalnie w polu, bo dwa razy w tygodniu muszę ją przycinać – mówi gospodarz. – Niezbędna okazała się specjalna kosiarka samobieżna, do tego dołki, chorągiewki, ogrodzenie, instalacje wodna i elektryczna. To dość kosztowna zabawa, pochłonęła już co najmniej kilkanaście tysięcy złotych. A do tego mnóstwo mojej i synów pracy. Niektórzy mówią: „o, Horodecki zwietrzył nowy interes”, ale na razie ciągle do tego wszystkiego dokładam.

Prawie się tu urodziłem

W Olszewce najważniejsza jest spółdzielnia rolnicza. Do niej należy większość tutejszej ziemi, tam pracuje najwięcej z sześciuset mieszkańców wsi.

– Jakoś sobie radzimy – mówi traktorzysta, który prowadzi ciągnik obok miejscowego sklepu. – Nie jest u nas jeszcze tak źle, żeby zwalniać ludzi, więc większości jakoś się żyje pomalutku. No może nie tak dobrze jak Horodeckim, ale zawsze lepiej niż tym, co poszli pracować do Nakła czy Bydgoszczy. Większość z nich jest dziś na bezrobociu, a niektórzy nawet bez zasiłku.

Gdy spółdzielnia powstawała w latach 40., tylko kilku miejscowych chłopów odmówiło akcesu i zachowało swoją ziemię. – Wśród nich był mój ojciec – opowiada Horodecki. – Nasza rodzina pochodzi spod Wilna i w 1939 pierwszy raz trafiliśmy pod władzę Związku Radzieckiego. Tam wtedy nikt nie pytał się o zdanie i od razu włączyli ziemię ojca do kołchozu. Dlatego gdy zaraz po wojnie przyjechaliśmy pod Nakło, ojciec wiedział, czym pachnie kolektywizacja. Choć ciągle najeżdżali nas aktywiści z miasta, straszyli go, on się nie ugiął i został na swoim. Cały czas wierzył, że kiedyś wróci pod Wilno na swoje, bo czuł, że ta nowa ziemia nie była jego, tylko jakiejś rodziny niemieckiej, która stąd uciekła, tak jak my stamtąd. Czuł się, jakby osiadł tu tylko na chwilę i za kogoś uprawiał nie swoją rolę.

Jednak stary niemiecki gospodarz ani jego dwie córki, nigdy się już tu nie pojawili, tak jak Horodeccy nigdy nie wrócili na Litwę. – Natomiast ja się już zadomowiłem w Olszewce, bo dla mnie to ziemia rodzinna. Jak się tu sprowadziliśmy, to miałem zaledwie dziewięć miesięcy – wspomina gospodarz. – Całe moje życie to ta wieś.

Horodecki to połączenie społecznika i człowieka interesu. Gdy w latach 60. wrócił z wojska, zorganizował we wsi drużynę piłkarską LKS Olszewka. Grał w niej dziesięć lat. Od 28 lat nieprzerwanie do dziś wygrywa kolejne wybory na sołtysa. W 1980 r. zaangażował się w „Solidarność” Rolników Indywidualnych, brał udział w słynnym bydgoskim strajku, po którym komuniści zarejestrowali związek. Był wtedy zastępcą Romana Bartoszcze, charyzmatycznego przywódcy chłopów. – Moja wieś i okolice, to typowy elektorat lewicowy, mało tu było wtedy zwolenników „Solidarności”, więc nieraz ostro się kłóciliśmy z sąsiadami – wspomina. – Bywało, że wtedy bałem się wychodzić po zmroku z domu.

Swoje talenty najlepiej potrafił jednak pożytkować po upadku PRL. Otworzył najlepszy w okolicy sklep, stworzył grupę producencką kilkudziesięciu okolicznych rolników. Został wybrany na radnego powiatowego. Teraz otworzył pierwsze w województwie pole golfowe.

– Do tej pory wszystko mu się udawało: dom, sklep, gospodarka, ale teraz to chyba przesadził – komentują ostatnią inwestycję sołtysa mężczyźni zebrani pod konkurencyjnym sklepem w Olszewce. – Kto tu mu na takie zadupie przyjedzie, bo z naszych to tam pewnie nikt nie pójdzie. Jeszcze nigdzie nie słyszałem, żeby kto grał w golfa na wsi.

Partyjka z sołtysem

– Trochę to trzeba będzie powiększyć – mówi sołtys, przechadzając się między dołkami. – Dwa hektary to mało. Ale już mam zgodę na dzierżawę poletka od sąsiada. Obok szkoła ma kawałek ziemi, której nie używa chyba od 20 lat. Jakbym to wszystko uporządkował, to będzie w sumie około czterech hektarów. To już przyzwoity teren, zmieści się na nim dziewięć dołków. Na takim polu można by rozgrywać już w pełni profesjonalne zawody.

W całej Polsce działa do tej pory zaledwie kilkanaście miejsc do gry w golfa. Miłośnicy tego sportu z województwa kujawsko-pomorskiego zmuszeni byli jeździć na pola pod Poznań lub Szczecin.

– Nie mogłem wyjść ze zdumienia, gdy robiłem niedawno interesy w Bydgoszczy i mój partner powiedział mi, żebym tylko nie zapomniał kijów – mówi Andrzej Kaliński, jeden z szefów Polskiego Związku Golfa. – Nic mi nie powiedział o Olszewce, a ja nic o niej przedtem nie słyszałem. Byłem niesamowicie zaskoczony. A samo pole? Jest świetne i ma perspektywy. Znakomita trawa. Przyda się drobna kosmetyka, ale to szczegóły.

Sława pola pod Nakłem szybko rozeszła się w światku golfistów. – To dla mnie rewelacyjna sprawa – mówił w czasie swojej pierwszej wizyty w Olszewce satyryk Tadeusz Drozda. – Często jeżdżę trasą z Warszawy, gdzie mieszkam, do Szczecina, gdzie nagrywam program „Śmiechu warte”. Olszewka leży akurat w połowie drogi. Świetne miejsce, żeby rozprostować kości i zjeść jakiś szaszłyczek.

– Gratuluję sołtysowi i gorąco mu kibicuję – mówił inny znany entuzjasta golfa, aktor Piotr Machalica na łamach „Super Expressu”. – Obiecuję, że jak tylko będę w okolicach Nakła, odnajdę wieś i namówię sołtysa na partyjkę.

Informacje o Olszewce docierają także przez internet za pośrednictwem przygotowanej przez syna sołtysa Łukasza strony: www.golf.olszewka.prv.pl. – Co za wspaniały pomysł, sołtysowi należy się medal – pisze Aleksander z Grand Bend w Ontario w Kanadzie. – Najwyższy czas, żeby Polacy żyli tak jak ludzie na West. Ja gram w golfa, mam 73 lat, i myślę że to jest najlepszy sport na świecie. Wielka szkoda, że Olszewka jest tak daleko, bo już jutro bym was odwiedził.

Każdy z doświadczonych golfistów, którzy już odwiedzili pole pod Nakłem, radzi, co trzeba tu jeszcze poprawić. – Tu już nie chodzi o same dołki, czy trawę – opowiada o tym Horodecki. – Wiem, że będę musiał rozbudować infrastrukturę. Niezbędny jest budynek, w którym zmieści się klub golfowy, kawiarnia, szatnia i miejsce, gdzie miło spędzą czas nie grające żony i dzieci. Będę musiał zatrudnić kogoś, kto będzie dbał o samo pole. Na razie interes zwietrzyli tu tylko chłopcy sąsiada, którzy kręcą się wokół gości. Noszą im kije, szukają piłek.

Adrian, uczeń podstawówki, pojawia się także koło nas, gdy tylko weszliśmy na pole. – Czy mogę się do czegoś przydać – zagaduje nieśmiało.


Autor tekstu: Bogusław Kunach. Artykuł ukazał się 8. czerwca 2001 w Gazecie w Bydgoszczy – regionalnym dodatku Gazety Wyborczej jako reportaż tygodnia.

Może Ci się również spodoba