Relaks na polu

Sołtys podnakielskiej wsi Olszewka jest pasjonatem gry w golfa i chce utrzymywać się nie tylko z uprawy ziemi

– Na początku sąsiedzi patrzyli na mnie jak na dziwaka. Trudno się dziwić – chodzi taki chłop po polu i macha kijem. Teraz mówią, że sołtys zwietrzył interes – Telesfor Horodecki, rolnik z Olszewki koło Nakła, od kilku lat pasjonuje się grą w golfa i wcale nie ukrywa, że myśli o poważnym biznesie. Na razie zainwestował sporo pieniędzy i część ziemi, na której jeszcze niedawno rósł rzepak, zmienił w pole golfowe. Wkrótce powstanie tu klub z prawdziwego zdarzenia, ale nim to nastąpi, sołtys Horodecki udostępnia swoje pole za darmo. Początkującym gwarantuje nawet bezpłatny instruktaż.

Telesfor Horodecki już ponad 30 lat gospodarzy na 20 hektarach ziemi, którą odziedziczył po rodzicach. Jeszcze kilka lat temu nawet przez myśl mu nie przeszło, że swoje życie na trwałe zwiąże z golfem. Za PRL-u był to sport dla Polaków zupełnie nieznany, czasami tylko telewizja pokazywała krótkie migawki z różnych turniejów. O wszystkim zdecydował przypadek. Przed pięcioma laty szwagier Horodeckiego pojechał na wczasy nad Morze Bałtyckie i trafił na pole golfowe w Łukęcinie koło Rewala.

Zdjęcie z Nowości

Proste zasady

– Zadzwonił do mnie i w weekend pojechałem go odwiedzić – wspomina Telesfor Horodecki. – Całe dwa dni spędziliśmy z kijami w garściach. I natychmiast zaraziliśmy się tym sportem. Było oczywiste, że następne wakacje spędzimy nad morzem. Żony i dzieci maszerowały na plażę, a my ze szwagrem – na pole golfowe.
Już w następnym sezonie okazało się, że golf nie lubi tak długich przerw. Naukę trzeba było niemal rozpoczynać od początku. Ręka najwyraźniej odzwyczajała się od kija, uderzenia nie były precyzyjne. Sprawdzało się powiedzenie powtarzane przez starych wyjadaczy – „gra w golfa jest bardzo prosta, ale nie jest łatwa”. Tak naprawdę proste są tylko zasady – chodzi przecież o to, by trafić piłeczką w dołek, wykonując przy tym jak najmniej uderzeń kijem. Samorodne talenty zdarzają się niezmiernie rzadko. W grze w golfa, jak w każdej innej dyscyplinie sportu, żeby być dobrym, trzeba dużo trenować.
– Akurat likwidowałem stado owiec, bo hodowla przestała się opłacać. Pomyślałem wtedy, że pastwisko przy zabudowaniach gospodarczych zmienię w takie najprostsze pole golfowe. Chodziło wyłącznie o to, byśmy ze szwagrem mieli gdzie pomachać kijami – Telesfor Horodecki przyznaje, że część sąsiadów nie mogła pojąć, jak można na taki cel przeznaczać bardzo dobrą ziemię. – Było w tym trochę racji, ale nas już wtedy gra w golfa pochłonęła całkowicie.

Konsultacje i wydatki

Można było urządzenie pola zlecić profesjonalnej firmie, która zajęłaby się wszystkim, najdrobniejszymi detalami. Wtedy jednak trzeba by się liczyć również z naprawdę poważnymi wydatkami. Telesfor Horodecki zaczął sam zgłębiać tajniki tej sztuki. Rozmawiał z ludźmi budującymi pole golfowe w Binowie koło Szczecina, konsultował się z osobami odpowiedzialnymi za utrzymanie pól golfowych (greenkeeperami) w Postołowie niedaleko Gdańska i Kołczewie pod Międzyzdrojami. Wtedy zrozumiał, jak bardzo skomplikowane jest to przedsięwzięcie. Ważne jest choćby odpowiednie usytuowanie tzw. bunkrów, specjalnych dołów wypełnionych piaskiem, które bronią dostępu do dołka i stanowią dodatkowe utrudnienie dla graczy. Trzeba też uwzględnić różne ukształtowanie terenu, miejsca na zbiorniki wodne i drzewa.
Mnóstwo problemów wiązało się z samą trawą – sprowadzeniem odpowiednich mieszanek traw niskich i wolno rosnących. Taki właśnie gatunek musi być wysiany na tzw. greenie, terenie wokół dołka. Zbyt wysokie źdźbła mogłyby zmienić tor piłki i tym samym zepsuć całą frajdę wynikającą z gry. Pole golfowe powinno też mieć system nawadniania i odprowadzania nadmiaru wody. Trawa musi być też regularnie przycinana, nawożona i pielęgnowana. To zaś wiąże się z zakupem specjalistycznego sprzętu i poświęcaniem całej zabawie mnóstwa czasu.

Chętnych nie brakuje

– Na początku tak się rozpędziłem, że zastanawiałem się, czy nie iść za ciosem i na pole golfowe nie przeznaczyć nawet 10 hektarów – dodaje Telesfor Horodecki. – Odpuściłem, gdy zorientowałem się, jak duże koszty wchodzą w rachubę. Na przykład stuhektarowe, w pełni profesjonalne pole, to wydatek rzędu 10 milionów złotych, do których trzeba jeszcze doliczyć niemałe koszty utrzymania. Zostałem więc przy wersji pierwotnej – pół hektara pola, na którym moglibyśmy ze szwagrem swobodnie trenować.
W ubiegłym roku pole było już gotowe. Sołtys z Olszewki przyznaje, że spędzał na nim niemal każdą wolną chwilę – czasami wychodził nawet na 15 minut, by się zrelaksować. Wieść o nietypowym obiekcie sportowym błyskawicznie rozeszła się po okolicy. Co jakiś czas zgłaszali się chętni, którzy chcieliby popróbować sił w tej mało znanej dyscyplinie. To utwierdziło Telesfora Horodeckiego w przekonaniu, że pole trzeba powiększyć, rozreklamować i na nim zarabiać. Poświęcił kolejny kawał ziemi, na której jeszcze niedawno uprawiał rzepak. Dziś pole ma 1,5 hektara i znajdują się na nim cztery dołki. Docelowo ma ich być sześć.
– Po niedawnym uroczystym otwarciu urywają się telefony – rolnik bije się w pierś, że nie spodziewał się tak dużego zainteresowania. – Dzwonią głównie mieszkańcy Bydgoszczy. Pytają, kiedy mogliby przyjechać i ile ta przyjemność kosztuje. Muszę teraz zdecydować, czy stworzyć gospodarstwo agroturystyczne z dodatkową atrakcją w postaci pola golfowego, czy też prawdziwy klub golfowy. Wiele wskazuje na to, że wybiorę raczej to drugie rozwiązanie, a w przyszłości może wybuduję jeszcze kort tenisowy i urządzę stadninę koni. Nasza wieś to idealne miejsce na aktywny wypoczynek.


Autor tekstu: Grzegorz Kończewski. Artykuł ukazał się 25 maja 2001 w toruńskich Nowościach i 28 maja w Expressie Bydgoskim, pod zmienionym tytułem: „Golf urósł na polu”.

Może Ci się również spodoba