Kulinarna wtopa

Ech… Zachciało nam się dzisiaj z Żonką zjeść poza domem i wtopiliśmy. Pojechaliśmy do polecanej przez kilka osób „Karczmy w dolinie” w bezpośredniej bliskości Ślesina.

Już początek nie nastrajał pozytywnie – wewnątrz było po prostu zimno. Ale my to twardzi jesteśmy, więc zamówiliśmy. Po porcji flaków i pierogów – Żonka wybrała staropolskie (z kaszą), ja ruskie.

No i zaczęło się. Od kelnera. Gdyby pracował u mnie, to byłby ostatni dzień jego pracy. Najpierw zrzucił kolę, którą niósł dla mnie. Na szczęście w plastikowej butelce, więc nie stłukł, ani nie wylał. Potem przynosząc flaki wylał trochę na talerz, na którym czekały sztućce (na bożonarodzeniowych serwetkach). Sztućców nie wymienił, ani nie przeprosił za wylanie.

To nie był ostatni jego wyczyn, ale skoro podał flaki, to napisze o flakach. Porażka! Rozgotowane flaki trzeciej klasy, źle doprawione i za słodkie. Sól i pieprz nie pomogły. Po prostu paskudne.

Potem przyszło nam dłuuugo czekać na pierogi. Czekanie przeciągnęło się do tego stopnia, że inna kelnerka chciała chyba nas się pozbyć z lokalu pytaniem „Czy państwo już zjedli?”.

Dostaliśmy pierogi. I tu zaczęła się jazda. Moje w sumie nie były takie złe. Jeżeli nie czepiać się przytwardawego ciasta i za rzadkiego nadzienia, to smak nawet był ok. Gorzej z kapustą ze ‚skwarkami”, która przykrywała pierogi. Była ohydna. Za to pierogi staropolskie, jakie trafiły się Żonie, były tak paskudne, że nie dała rady się przez nie przebić, a te które zjadła przegryzała tą wstrętną kapustą!!!

Gdy walczyliśmy z pierogami „kelner” znowu zabłysnął. Nie pytając nas o zdanie dosadził nam do stolika trójkę gości!

Jak łatwo sie domyśleć – nie ma żadnej szansy byśmy pojawili się tam znowu. A z polecającymi „Karczmę w dolinie” musimy poważnie porozmawiać…

(NP: Ella Fitzgerald — My Melancholy Baby)

Może Ci się również spodoba