Zrobiłem sobie stojak do roweru!

Zmęczyło mnie mycie rowera stojącego na ziemi, opartego o stojak łapiący za tylne rury.

IMG_20151108_154448

Co prawda wliczałem sobie całe to kucanie wokół niego do rozciągania po jeździe, więc jakieś zalety to rozwiązanie ma. Trudno jednak dostać się wszędzie z założonymi kołami.

Przejrzałem stojaki, które można kupić w sklepach online. Najbardziej spodobał mi się Park Tool PRS-20. Tysiąc złotych. To może ja sobie coś zrobię samemu? Spawać nie umiem, ale z drewna dam radę coś sklecić.

Pogooglałem za drewnianymi stojakami. Kilka rzeczy wpadło mi w oko, ale najfajniejszy wydał się projekt przerobienia koziołka stolarskiego. Szybki zacisk łapący widelec i regulowany rozstaw uchytów pozwalający na wstawienie rowerów różnej wielkości. Dokładnie to, czego potrzebuję.

Problem polegał na tym, że nie miałem koziołka do przerobienia :)

Wyszukałem kilka projektów kozłów (nie wyobrażacie sobie, na ile sposobów można zmontować coś tak prostego) i wybrałem coś dla siebie. Po naszkicowaniu ogólnej koncepcji zacząłem przeglądać sterty resztek drewna jakie mój ojciec zgromadził gdzie się da. Resztki opakowania po piecu CO okazały się idealnym materiałem na nogi, blat powstał z kawałka deski podłogowej, a reszta z czego się trafiło.

Całość pomalowałem brązowym drewnochronem, a po wyschnięciu dwukrotnie pokryłem półmatowym olejem ochronnym, żeby woda swobodnie spływała po drewnie.

Jak wyszło? Jak na pierwszą tak spomplikowaną kontrukcję myślę, że całkiem nieźle. Co prawda różne gatunki drewna różnie przyjęły barwnik, ale i tak wygląda dość elegancko.

DSCF5049

Przetestowałem go wczoraj po powrocie z pierwszej dłuższej trasy w 2016. Sprawdził się świetnie. Możliwość wyjęcia kół i mycia roweru bez kucania to świetna sprawa.

Dla zainteresowanych konstrukcją stojaka – tak wygląda część, w którą łapię widelec:

DSCF5097

A to oparcie, na którym spoczywa rama:

DSCF5100

Oparcie jest wysciełane kawałkiem izolacji do rur i regulowane po popuszczeniu motylka. Jest na tyle wysokie, że mogę obracać pedałami o nic nie zahaczając.

Tak to wygląda w czasie mycia:

Komfort przy myciu roweru poprawił się znacznie, a na dodatek zaoszczędziłem tysiąc złotych (musiałem dokupić tylko zacisk). Nie muszę chyba dodawać, że duma mnie rozpiera? :)

Rowerowy rok 2015

Pierwszą zapisaną jazdę zaliczyłem 17 lipca. 10 kilometrów w 28 minut i 47 sekund, ze średnią prędkością 20,9km/h. Imponujące ;)

Przed tym kilka razy próbowałem jeździć późną zimą/wczesną wiosną, a w lipcu kilka razy przejechałem się spacerowo z Żoną i Synem, bez instalowania apki. Poprzednie aktywne jeżdżenie zaliczyłem kilkanaście lat wcześniej.

Runtastic Road Bike dał mi motywacyjnego kopa do przejeżdżania coraz większych dystansów i poprawiania prędkości. Dzięki temu jeździłem coraz więcej i dalej.

Nadal używam tej samej apki do rejestrowania tras, ale wszystkie od razu przerzucam do Strava.com, ze względu na towarzysko-rywalizacyjne zalety tego serwisu.

Kalendarium

Podsumowania

Zamknąłem rok z nakręconymi prawie czterema tysiącami kilometrów. Tak to wygląda na eleganckiej grafice od serwisu veloviewer.com:

2015 na strava

Patrzę na tę masę szarych kropek i żałuję, że nie zabrałem się za rower wcześniej :(

Podsumowanie w formie filmu przygotowała także sama Strava:

A tak wygląda moja aktywność nałożona na mapę okolicy:

zasieg

Szlaki zaznaczone na żółto i pomarańczowo jeździłem najczęściej i właściwie jazdę nimi traktuję jak kulanie po podwórku. Prawdziwa trasa i prawdziwa frajda zaczynają się dalej.

Pora na dojeżdżenie prawej cześci tej mapki. Trasę przez Łabiszyn, Barcin i Żnin mam już zaplanowaną.

I jeszcze porównanie rowerów:

Trek Ridley
Dystans: 1627 km 2345 km
Zyskana wysokość: 4455 m 6348 m
Średnia prędkość: 20,76 km/h 24,41 km/h

Plany na 2016

  • Przejechać ponad 10 tysięcy kilometrów.
  • Zrobić kilka tras powyżej 200 km.
  • Zrzucić kolejne kilogramy.
  • Wziąć udział w jakiejś imprezie rowerowej.
  • Dokupić trochę brakujących ciuchów.
  • Dokupić brakujące akcesoria.
  • Podszkolić się z serwisowania rowerów.

Chciałbym odwiedzić na rowerze Wałcz, Toruń, Poznań i Trójmiasto. Marzy mi się też zaliczenie czterech województw jednego dnia.

Najpierw jednak muszę wykombinować, jak to wszystko pogodzić z pracą i rodziną :)

Rapha Festive 500

Całe swoje jeżdżenie zapisuję na Strava.com. Podstawową przewagą Stravy nad konkurencją jest otoczka społecznościowa: znajomi, kluby, rywalizacja o najlepszy czas na segmentach i wyzwania. Wyzwania są rozmaite: przejechać 120+ km jednego dnia, 1250 km w miesiącu, czy trzygodzinna trasa dokumentowana zdjęciami.

Od 2010 swoje świąteczne wyzwanie organizuje angielska firma Rapha. Festive 500 polega na przejechaniu 500 kilometrów od 24 do 31 grudnia.

Jeszcze na parę dni przed Świętami prognozy zgodnie pokazywały dodatnie temperatury na cały ten okres, z +6°C w Sylwestra. Co oznacza, że 500 można rozbić na 8 jazd po sześćdziesiąt parę kilometrów. Łatwizna.

Po konsultacji z Żoną dostałem zielone światło i zacząłem szykować  się do wyzwania. Wyczyściłem, nasmarowałem i sprawdziłem rower. Wyprałem wszystkie ciuchy. Przygotowałem Sudocrem. Upiekłem batoniki energetyczne.

batony

Miałem dwie „drobne” rzeczy do pogodzenia z jeżdżeniem. Pierwsza to całe te święta, druga to rezerwacja na seans „Przebudzenia Mocy” w sobotni ranek.

24.XII

Żeby chociaż trochę czasu spędzić z Żoną i Grzesiem, postanowiłem jak największy dystans machnąć w czwartek, po drodze na kolację wigilijną u Teściowej. Dzięki temu mogłem pozwolić sobie na wolne w piątek i krótszą trasę w sobotę.

Normalna rowerowa trasa między Olszewką a Wyrzyskiem to 30 kilometrów. Moja była o prawie 120 dłuższa :)

Większość tej drogi jechałem już wcześniej, co spełniało moje założenie, żeby nie kombinować z nowymi trasami na Festive 500. Chciałem jechać pewniakami, bez szukania trasy i niespodzianek w rodzaju tragicznej nawierzchni czy wrednych podjazdów.

Po 45 kilometrach skończyło się słońce i zaczęła mgła. Jechałem przy widoczności w okolicach 100, 150 metrów. W Białośliwiu, czyli w okolicach 80 kilometra, zniechęcony zadzwoniłem do Żony, żeby zapytać jaka u nich pogoda. Chciałem się zorientować, czy mam szansę na wyjechanie z mgły, czy pora się poddać i zadowolić niecałą setką. Okazało się, że u nich jest słonecznie, więc ruszyłem dalej. Dobrze zrobiłem – po dziesięciu kilometrach wyjechałem na zalane słońcem pola za Wysoką. Dalsza droga prawie bez przygód, o ile nie liczyć kryzysu na ostatnich 15 kilometrach, gdy do zmęczenia doszła jazda pod wiatr.

Średnie tempo: 2:26 na km.

25.XII

Wolne od roweru. Pofolgowałem sobie przy jedzeniu, bo wiedziałem, że będę potrzebował sporo kalorii na pozostałe 350 kilometrów.

Zmieniły się prognozy na koniec roku. Od środy ostry mróz: -10° i -20° temperatury odczuwalnej. Jeżeli chciałem ukończyć Festive 500, musiałem wyrobić się do wtorku. Trzeba było zmienić plany i na niedzielną oraz poniedziałkową jazdę wziąć dużo dłuższe trasy niż planowane 65-70 km.

Średnie tempo: kaczka, zraz i dwa razy barszcz z uszkami.

26.XII

„Przebudzenie Mocy”. Osom. Zabranie syna na „Gwiezdne wojny” to niesamowite przeżycie, zwłaszcza gdy film jest tak dobry jak ep7.

Po kinie przejazd z Bydgoszczy do Wyrzyska, gdzie od czwartku stał mój rower. Szybki obiad i jazda do Olszewki. Miałem niewiele więcej niż dwie godziny przed zmrokiem, ale zdążyłem nakręcić prawie 55 kilometrów.

13°C, ale z silnym wiatrem ponad 30km/h.

Średnie tempo: 2:24 na km.

27.XII

Pora na długą trasę. Niecałe 120 km.

Po wolnym dniu i krótkiej przejażdżce w sobotę byłem wypoczęty. Do tego stopnia czułem się pewnie, że postanowiłem przy okazji odbić KOM na pobliskim segmencie, który ktoś mi zabrał dzień wcześniej. (KOM, czyli King of the Mountain dostaje się za najlepszy wynik na jakimś odcinku, najcześciej podjeździe).

Na szczęście później przyszło opamiętanie i starałem się trzymać tempo w okolicach 2:30, żeby jak najwięcej sił zostawić na następne dni. Unikałem też dolnego chwytu na „baranku”, żeby oszczędzać plecy.

Jechało się przyjemnie: 7°C, umiarkowane zachmurzenie i lekki wiatr.

Po jeździe mycie roweru i smarowanie łańcucha. Nogi bolały, ale po rozciąganiu i kąpieli było ok.

Średnie tempo: 2:29.

28.XII

Wiedziałem, że zostały mi dwa dni jazdy. Miałem dwie możliwości. Na poniedziałek wziąć krótszą trasę i wypocząć trochę przed ostatecznym wysiłkiem, albo pojechać ile się da i na zimny wtorek zostawić sobie tylko końcówkę. Wybrałem drugą opcję. 120 km.

Znowu starałem się jechać spokojnie i oszczędzać siły. Niewiele to dało. Ostatnie 30 kilometrów było tylko walką o przetrwanie. Na podjazdach kończyły mi się przełożenia.

Gdy dojechałem do domu, nie byłem przekonany, czy następnego dnia dam radę wsiąść na rower, nawet na krótką trasę poniżej 60 kilometrów. Bolało mnie całe ciało, może poza głową. Rozciąganie i kąpiel za wiele nie pomogły.

Ponownie 7 stopni, ale wiatr, choć lekki, był zimny i nie ułatwiał sprawy.

Średnie tempo: 2:47.

29.XII

Ostatnie kilometry Festive 500.

Nogi rano bolały prawie tak samo, jak poprzedniego wieczora. Zero stopni, z temperaturą odczuwalną w okolicach -6°C. Gdy otworzyłem drzwi i poczułem na łydkach zimny wiatr, zacząłem się zastanawiać, czy w ogóle wychodzić z domu. W ruszeniu się pomogła mi świadomość, że moja Żona w tym momencie biega gdzieś po polnych drogach.

Wiedziałem, że z każdą godziną ma być zimniej, więc spiąłem się i uruchomiłem rezerwy, by uwinąć się jak najszybciej. Ruszyłem ostro i trzymałem przyzwoite tempo przez jakieś 30 kilometrów. Potem była już tylko walka z wiatrem, zmęczeniem i zamarzającymi palcami u nóg (neoprenowe ochraniacze na buty przestały wystarczać).

Średnie tempo: 2:36

Po Pięćsetce

W tej chwili jestem w lepszym stanie niż się spodziewałem. Jestem zmęczony, a nogi i plecy bolą, ale da się wytrzymać. Nie planuję wsiadać na rower przez jakiś tydzień, więc do tego czasu wszystko minie. A satysfakcja znacznie przywyższa wyczerpanie.

Przejechałem 507 kilometrów w 6 dni. Spędziłem na siodełku ponad 20 godzin. Podjechałem prawie półtora kilometra w górę. Zjadłem 21 batonów. Wypiłem 7 bidonów herbaty.

Pokonałem Festive 500 mimo tego, że zacząłem jeździć niecałe pół roku wcześniej. Pierwszą trasę 100+ zaliczyłem dopiero 13 września, a zanim porwałem się na F500, przejechałem tylko 6 takich tras.

Hmmm… teraz gdy to piszę, to zaczyna mi się to wydawać nieco nieodpowiedzialne :) Może pora przestać pisać i wrzucić kilka zdjęć, które zrobiłem po drodze.